O Śmierci

ŚMIERĆ – UWOLNIENIE BOSKOŚCI

875bfa1f0105e486ccaf015ce1247fa7

Śmierć

O śmierci nie myślimy do momentu, w którym się z nią nie zetkniemy.  Nie mówiąc o tym, że często mamy w głowie wizerunek śmierci takiej, jaką kreują filmy, książki itd. – spokojne odejście na drugą stronę. Bez kilkutygodniowych agonii, duszenia się, straszliwych boleści, i rozwalania się organizmu od środka w nieprzewidywalnym procesie. Byłam gościem hospicjów i widziałam rzeczy, których być może nie chciałam widzieć, ale jak zwykle zostałam zmuszona do konfrontacji z własnymi lękami i fałszywymi wyobrażeniami. Może to i dobrze, prawda boli, ale jest prawdą. Zostałam rzucona na głęboką wodę, ponieważ towarzyszyłam trudnej śmierci, przy najgorszym z możliwych nowotworze. Chcę się z Państwem podzielić tym, co widziałam, w kontekście wiedzy o cieniu człowieka, jego manifestacji w trakcie umierania, duchowości i tak dalej. Możecie się z moją interpretacją i wnioskami zgodzić albo i nie, ale sądzę, że warto nad tą perspektywą się zastanowić.

Od dzieciństwa tkwił we mnie lęk przed śmiercią. Potem, o czym wielokrotnie pisałam w Mandali Cienia, zostałam zmuszona wejść w ten lęk, w apogeum mojej ciemnej nocy. Zrozumiałam, że śmierć jest obliczem mojej Wyższej Jaźni, a ściślej przejawem miłości Ducha, który dąży do zniszczenia każdej bariery, która nas dzieli. Wtedy krok po kroku z zaszokowaniem odkrywałam drugi biegun śmierci – miłość. To zmieniło moje podejście do Nieznanego. Roztopiło cały lęk, jaki wcześniej paraliżował moje życie.

Wiem, że to co napiszę w niniejszym tekście nie spodoba się tym, którzy lubią walczyć do końca i mieć poczucie, że mogą dokonać rzeczy niemożliwych. Sama kiedyś uważałam się za „maga”, który kontroluje swoje życie i spełnia swoje cele. Tak było, do czasu. Łudziłam się, że to od człowieka zależy wszystko, aż nie przeszłam 3 letniej apokalipsy życiowej, serii nieszczęść w każdej dziedzinie życia, które rozwaliły kompletnie mój model rzeczywistości. Raz na zawsze wyzwoliły z myślenia życzeniowego, stawiając przed siłą, wobec której nie miałam najmniejszych szans. Wtedy nauczyłam się płynąć z nurtem życia i zaczęła się w moim życiu prawdziwa duchowość… Właśnie wtedy, gdy porzuciłam wszystkie wcześniejsze praktyki, będące tak naprawdę wynikiem nerwicy a nie wolności i miłości. Gdy zostałam zmuszona do poddania się tej sile, do zajrzenia w otchłań, przed którą uciekałam całe życie.

Śmierć to nie zawsze jest łagodne zaśnięcie i nie zawsze umierający uśmiecha się na sam koniec. Często bywa tak, że towarzyszy umieraniu paniczny lęk przed końcem, przed jeszcze większym cierpieniem. Czasem osoby, które wydawałoby się poukładane i pogodzone z wyrokiem śmierci, nagle pod wpływem cierpienia i zbliżającego się ‚Nieznanego”, tracą zaufanie do Boga, do ludzi wokół, do procesu umierania, pomimo, że robi się wszystko, żeby ulżyć ich bólowi fizycznemu.

Czasem okazuje się, że to, w co człowiek wierzył za życia, staje się nic nie wartą iluzją, gdy zacznie się umieranie. A wszystkie lęki, które przez życie odsuwał, wypierał, albo walczył, okazują się prawdą niszczącą jego ciało i psychikę w chwili tej wielkiej próby.

Osobiście uważam, że jest to wielka porażka współczesnej rzeczywistości, która o śmierci nie mówi, nie przygotowuje do niej, nie inicjuje wewnętrznego oczyszczenia przed odejściem. I nie chodzi mi o rytuały, czy recytowanie modlitw, tylko rozwój świadomości, bo to ona jest kluczowa w obliczu cierpienia. Jest to wielka porażka współczesnego świata informacyjnego, który nie mówi o tym, jak śmierć naprawdę wygląda i przed jakimi problemami – fizycznymi, psychicznymi, emocjonalnymi oraz duchowymi człowiek umierający musi stanąć. Zazwyczaj od momentu diagnozy śmiertelnej choroby do samej śmierci, mija trochę czasu. I zamiast wykorzystać ten czas na przygotowanie się do spotkania z Absolutem, wielu ludzi wypiera swoją chorobę i wpada (często pod wpływem bliskich) w szał szukania cudownych metod na uzdrowienie. Najgorszym jest to, jak bliscy ukrywają prawdę o postępach choroby, wmawiając umierającemu, że wszystko jest w jego mocy, że ma walczyć o życie ZA WSZELKĄ CENĘ i tak dalej. Walczyć… zamiast przygotować się na to, co nieuniknione, oto przejaw nerwicy dzisiejszych czasów.  Śmierć – przejaw Absolutu, traktuje się jak wroga, z którym należy walczyć, albo jak temat tabu, o którym nie należy mówić, nawet jeśli człowiekowi zostaje już tylko parę miesięcy życia.

UMIERANIE – UTRATA KONTROLI

Bywa niestety tak, że życzeniowe podejścia związane z afirmacjami, kontrolowaniem ciała i podświadomości, duchowymi metodami ujarzmienia choroby, wizualizacjami, modlitwami, rytuałami religijnymi,  ezoterycznymi itd,  okazują się niewiele warte w obliczu śmiertelnej choroby. Dla człowieka nieprzygotowanego, przyzwyczajonego do kontroli siebie i otoczenia, jest to potworna trauma, wręcz piekło. Śmierć jest  ukoronowaniem życia i  pomimo, że mamy wiele czasu, żeby się do tego przygotować, a i tak, mało kto jest przygotowany. Żyjemy w nieświadomości, odsuwając temat śmierci jak najdalej od siebie.

Człowiek  stara się być po jasnej stronie mocy, kontrolować swoje ciało, otoczenie, wyznaczać cele i je osiągać, bo to mu daje sens życia. Jednocześnie nie wie jak wielki lęk i cień przemawia przez tą chęć kontroli. W procesie umierania, po kolei człowiek traci kontrolę nad wszystkim – od swojego ciała i podświadomości, procesów fizjologicznych, bólu cielesnego i nieprzewidywalnych reakcji organizmu, po własny umysł, który nie potrafi sobie poradzić z Nieznanym. Wtedy jest zmuszony skonfrontować się ze wszystkimi lękami po kolei, które wyłażą ze sfer wypartych w podświadomość. Każdy mur ego pęka i ukazuje przestrzeń, która domaga się miłości, sensu, wyjaśnień, prawdy na miejsce iluzji, która wcześniej wypełniała życie i świadomość.

DLACZEGO CIERPIĘ?

Ani ksiądz, ani psycholog nie zawsze są w stanie pomóc. Pytanie: dlaczego tak cierpię, pozostaje często bez satysfakcjonującej odpowiedzi. No, bo co powiedzieć? Cierpisz człowieku, bo Bóg tak chce? Czyli w domyśle: Bóg jest tyranem a nie miłością? A już szczytem liniowego podejścia jest to, co ksiądz odpowiedział umierającemu człowiekowi, czego byłam świadkiem: „że cierpi dlatego, że Jezus pragnie takiej ofiary”. Łatwo jest zwalać winę na Jezusów czy innych soterów., Jednak nie po to mitycznie umierali i poświęcali się dla globalnego wzrostu świadomości, by sadystycznie  pragnąć później czyjegoś cierpienia.

10389512_396463097183447_5608760620320884301_nO sensie cierpienia pisałam już w Mandali Cienia. Sama przeżyłam wiele piekieł – od psychicznych, duchowych po niestety cielesne również. Na pytanie „Dlaczego tak cierpię” można odpowiedzieć ideą niezbadanych wyroków Boga, kary za grzechy, reinkarnacji, liniowej karmy, oko za oko i tak dalej. Jednak wielokrotnie o tym pisałam, że liniowe podejścia są niepełne, a nawet iluzoryczne ponieważ tworzą kolejne klatki zamiast z nich wyzwalać. Bo na poziomie duchowym wszystko jest paradoksem miłości a nie liniowym „oko za oko”.

Dopiero wychodząc z dualistycznej, liniowej perspektywy kary i nagrody, docieramy do sfery, gdzie ani przyczyna ani skutek nie mają znaczenia, bo wszystko jest Miłością Boga, którą człowiek tutaj, w wymiarze fizycznym postrzega w zniekształceniu. W wyniku poczucia braku łączności z Wyższą Jaźnią, ego odbiera swój rozpad w negatywie. Winne nie jest poprzednie wcielenie, kara za grzechy, czy karma ale brak świadomości i wiedzy na temat tego procesu. Ten proces jest nie tylko niszczeniem, ale oczyszczaniem umysłu ze wszystkiego co fałszywe, by przygotować do odbioru Prawdy.

To paradoks Ducha Bożego, który niszcząc granice myślenia, jednocześnie poszerza i uwalnia boską świadomość. A żeby to było możliwe, ego musi przejść swój przyspieszony rozpad iluzji i tym w swej istocie jest każde umieranie. Cierpienie jest rozbiciem fałszywych wyobrażeń i przygotowaniem człowieka do spotkania z nieobliczalnym Bogiem. Przed tą nieobliczalnością, ludzie od zawsze uciekali ze strachu, demonizując to wszystko, co jest poza kontrolą.

Warto zdać sobie sprawę, że nie unikniemy cierpienia w rozwoju duchowym. Chodzi o to, że duchowość uczy nas dojrzewania i przejścia przez cierpienie ze zrozumieniem. W każdym cierpieniu zawarta jest wiedza, którą człowiek musi uwolnić, by z tego cierpienia wyjść.  Dzięki wiedzy możliwy jest postęp na ziemi, chronienie przed niepotrzebnym, fizycznym bólem. Ale zostaje jeszcze cierpienie psychiczne, cierpienie duchowe… Jest to uwięziona wiedza na temat natury nieskończoności do której Dusza dąży.

IM WIĘKSZY CIEŃ, TYM WIĘKSZY OGIEŃ

Im większa niewiedza na temat natury swojej boskości, tym większego ognia potrzeba, żeby uwolnić ją z ciała – czyli nieświadomości.  W początkowym procesie „ognia”, Duch czasem jawi się jako nocna mara, ciemna istota tchnąca złem i śmiercią, okryta czernią, czasem habitem, która dusi umierającego, bez względu na to, czy osoba jest wierząca czy nie. Są to tak realistyczne przeżycia, że niektórzy chorzy nawracają się przed śmiercią, zaczynając wierzyć, że istnieje coś poza fizycznością. Lekarze tłumaczą to oczywiście działaniem leków uśmierzających ból i mają rację, ale niepełną. Moim zdaniem zażywanie określonych leków nie tworzy demonów,  tylko otwiera umysł na doświadczenie duchowego bytu. Ten byt istnieje niezależnie od aktualnych możliwości percepcyjnych umysłu.

Dlaczego ten byt jest odbierany jako mara? Bo im mocniejsze struktury ego oparte na chęci kontroli, tym negatywniejszy odbiór swojej Wyższej Jaźni, która tą kontrolę niszczy, uwalniając prawdę.  Mówi też o tym historia Hioba, który po wszystkich nieszczęściach i cierpieniach otworzył się wreszcie na paradoksalną naturę Boga, wymykającą się z dualizmu dobra i zła, moralności, przykazań, wypełniania warunków, praktyk pokutnych itd. Czyli tego wszystkiego, czego człowiek się trzyma, żeby zapewnić sobie „przychylność” losu z powodu lęku przed nieznanym.

10917833_900076666691699_1687769607666228142_nW procesie niszczenia granic ego, którego katalizatorem jest fizyczne cierpienie (rozpad ciała), Wyższa Jaźń  zaczyna się przebijać przez cienie, dochodząc do swojej prawdziwej postaci. I można to zaobserwować u umierających, którzy tuż przed śmiercią zaczynają widzieć różne istoty, zmarłych krewnych, przodków, aniołów, światła, Jezusów itd, w zależności od tego, w jakich symbolach kulturowych odbiera Boga i Boginię podświadomość. Najbardziej poruszające jest to, że czasem umierający rzeczywiście stają się jak dzieci, co jest oznaką dosłownego oczyszczenia ego i utożsamienie się z symbolem duszy, jako dziecka. Poddają się. Nie mają wyjścia. Proszą by opowiadać im bajki. Szukają opieki siły wyższej, rodzica. Jest to zazwyczaj końcowa faza umierania. Uwolniony w tym piekielnym i oczyszczającym zarazem procesie Bóg albo Bogini (np pod postacią świętych postaci, aniołów, Maryi, Jezusa, przewodników duchowych, zmarłych krewnych, czy bogów innych kultur itd) mają wreszcie szansę okazania swojej miłości i zabrania człowieka – swojego dziecka, do siebie.

Są ludzie, którzy umierają spokojnie, z zaufaniem, ale są tacy, u których nerwica i potrzeba kontroli jest tak ogromna, że dla nich każda nieobliczalność choroby zżerającej ciało jawi się jako piekło. To jest ich cień, nieznane, pierwotny lęk i pustka, przed którymi całe życie uciekali, nerwowo okopując się w strukturach materialnych jak i duchowych.

Dlaczego duchowych ? Bo ludzie z wysoką potrzebą kontroli są tymi, którzy w naszej kulturze wkraczają w duchowość. Osoby z niską potrzebą kontroli, wchodzący całym sobą w doświadczenie życia, nie potrzebują duchowych otoczek, bo ich duch jest już dojrzały i radzi sobie wspaniale z cielesnością, płynąc przez życie i przyjmując jego owoce. Wyznawana wiara i praktyki duchowe nie mają znaczenia. Ateista akceptujący zmienność i cykliczność życia może być o wiele bardziej dojrzały duchowo, niż ezoteryk szukający magicznych sposobów na stabilizację swojego życia i otoczenia.

TEMAT TABU – CIEMNA STRONA, KTÓRA JEST POZA KONTROLĄ EGO

Każda choroba jest przejawem tego, co w człowieku nieuświadomione, to przestrzeń, która domaga się miłości, uwagi, uwolnienia i nie spocznie, dopóki nie rozwali tego wszystkiego, co ją więzi. To siła, która bezpardonowo dąży do przekroczenia swoich lęków poprzez brutalną konfrontację z ego.

Nasuwa się jednak pytanie – czy to musi tak wyglądać?

No tak, ale jak ma to inaczej wyglądać, jeśli „ciemna, nieobliczalna strona” jest największym tematem tabu w kulturze życzeniowego myślenia i kontrolowania wszystkiego ? Jest wypartą prawdą o każdym umyśle uwikłanym w pseudo duchowych założeniach typu „mogę wszystko”, i „jestem po to by osiągać to co chcę”. Dla takich ludzi temat cienia nie istnieje, jest wyparty. Uznając go, musieliby jednocześnie przyznać, że są niedoskonali i słabi. Że nie panują nad swoim ciałem i życiem, dlatego właśnie szukają ratunku w duchowości i jasnych stronach mocy.  Bezkrytycznie wierzą w cuda, nie biorąc pod uwagę czynnika nieobliczalności, który rozwala każdą statystykę. Nieobliczalność jest zmorą pragnącego kontroli ego. Prędzej czy później pozbawi go złudzeń, gdy zamanifestuje się w jego życiu. Tak było ze mną.

Najzwyklejszy nowotwór całą tą kontrolę rozwali, będąc jej ucieleśnionym negatywem. I choć konwencjonalne i niekonwencjonalne metody mogą zadziałać, to i tak choroba po jakimś czasie może wrócić, jeśli nie została rozwiązana jej przyczyna – na głębszym poziomie – nieświadomości. Nie mówiąc o tym, że jeśli człowiek ma umrzeć – czyli wypełnił swoje powołanie dla którego znalazł się na tej ziemi, innymi słowy dusza jest gotowa do uwolnienia się z ciała i powrotu do Boga, to żadne metody nie uchronią ego przed wolą jego Wyższej Jaźni.

Lekarstwem dla mnie okazała się zmiana perspektywy i zrozumienie, że życie i śmierć ostatecznie są w rękach Boga, który prowadzi człowieka. Tym samym można spokojnie uwolnić się od potrzeby kontroli i nerwicy. Uczymy się płynąć i reagować na znaki świata. Nabieramy pokory, która jednocześnie pozwala ufać sile wyższej. To oczywiście nie zwalnia z odpowiedzialności i dbania o siebie. „Bogu należy pomagać” jak wiadomo. Chodzi jedynie o otworzenie się na możliwość inną niż przewidujemy.  Akceptację nieznanego, uwolnienie się z iluzji „mocy” i toksycznej kontroli, bo te zawsze będą rodzić cienia – czyli przyciągać sytuacje, które będą je podważać. Uznanie i zaakceptowanie własnej niemocy, paradoksalnie otwiera na doświadczenie boskości.  Zaczynamy rozumieć, że to, co próbujemy kontrolować, czyli cielesność, jest samo w sobie świętością, przejawem czystego Życia, Bogini, żeńskiej emanacji Absolutu. Potrzebna jest oczywiście pewna dyscyplina cielesna, ale wynika ona z dojrzałej świadomości, miłości, potrzeby dbania o ciało i jego uświęcenia a nie ze strachu przed nieobliczalnością, chorobami i śmiercią. To dość subtelna różnica w motywach, ale jakże kluczowa.

NIEOBLICZALNOŚĆ –  LĘK CZŁOWIEKA

934871_388298071333283_5044872236888172186_nŚwiadomość Człowieka od zarania dziejów próbuje sobie poradzić z tym cieniem związanym z nieobliczalnością życia i ciała, chorób, bólu, cierpienia. Próbuje różnych sposobów kontrolowania siebie i rzeczywistości wokół. Tymczasem nie da się do końca kontrolować życia i jego nieobliczalności, która niszczy każdą iluzję ego. Można w tym widzieć piekło i cierpienie, ale też otworzyć się na to i doświadczyć miłości Rodzica, prowadzenia przez Boga przez ocean nieznanego.

To drugie jest esencją prawdziwej duchowości. Płynięcie bez lęku, nerwicy, rywalizacji i potrzeby kontroli. To odzyskanie  zaufania, które polega na tym, że w najgorszym cierpieniu potrafimy dostrzec przejaw Bożej mądrości i miłości. Uwolniona w człowieku Sofia – Mądrość Boża, pomaga dostrzec duchowy paradoks, towarzyszący wszystkiemu, co ego uznaje za ciemne i złe. Przy odpowiednim podejściu, przejdziemy przez każde piekło, bo zyskujemy wolność umysłu i poszerzone widzenie. I to natychmiast odbija się w wydarzeniach życiowych. Siła Wyższa – obojętnie jak ją nazwiemy – Bogiem, Boginią, Wyższą Jaźnią, Jezusem, Aniołem, Duchem Św, Absolutem, Shivą, Odynem itd, w niesamowitych zbiegach okoliczności, pomaga człowiekowi, który zaufa i podda się prowadzeniu. To stara, duchowa prawda.

Byłam świadkiem tego, jak umierający na nowotwór człowiek, był prowadzony przez nieznane, przez swoją Wyższa Jaźń. Z nerwicy szukania magicznych sposobów na nieuleczalny nowotwór, przeżywał fazę nadziei, zwątpienia, następnie poddania się. I od tego poddania rozpoczęło się jego duchowe otwieranie na Boga, nauka zaufania w chwilach kryzysu. I dostawał odpowiedzi od Boga, który zaczął go przeprowadzać przez piekła choroby. Począwszy od tego, że spotykał samych „aniołów” – wspaniałych i oddanych lekarzy, skończywszy na tym, że w niesamowitych zbiegach okoliczności, otrzymywał pomoc od obcych ludzi. Gdy nie stać go było na lekarstwo sprowadzone z zagranicy, właścicielka apteki dała mu je za darmo, od razu 3 opakowania, ponieważ „coś” kazało jej to zrobić, jak sama powiedziała. Poprosiła w zamian tylko o modlitwę… Takich przykładów pomocy było bardzo wiele. Aż do końca życia, gdy Bóg spełnił największą prośbę tego człowieka, mianowicie pozwolił mu odejść spokojnie, we śnie.

Nauczyłam się wiele asystując w podróży tego człowieka. Zobaczyłam, że piekła nie są karą za grzechy czy sprawdzianem naszej „mocy”. Tak postrzega ego zakotwiczone w liniowym myśleniu. Piekła życiowe są szansą na uwolnienie siebie z syndromu kontroli i poszerzenie perspektywy. Szansą na oczyszczenie wewnętrzne i zewnętrzne, otwarcie na naturę miłości Bożej, która jest ponad dobrem i złem, ponad kategorie w jakich postrzega świat ego. Poprzez piekło mamy szansę poznać naturę i miłość Boga, gdy wyciąga do nas rękę w niesamowitych zbiegach okoliczności. Z Jego pomocą, mierząc się z tym, przed czym próbowaliśmy uciec, mamy szansę trwałego uwolnienia się od strachu.

Strach pokazuje, gdzie w naszym umyśle występuje brak miłości, zaufania i łączności z Wyższą Jaźnią. Jest więzieniem, niewiedzą umysłu. Niewiedza z kolei rodzi toksyczną kontrolę, iluzję i zabobony, cierpienie wreszcie przemoc i zło. Fałszuje każdy przejaw Bożej Miłości.

ŚMIERĆ JAKO MIŁOŚĆ BOGA I BOGINI

Na poziomie duchowym śmierć jest fizyczną manifestacją miłości Boga do Bogini czyli Ducha do Ciała. Symbolicznie śmierć jest objawem dojrzewania Bogini – Ciała w objęciach śmiercionośnego czasu. Czas to świadomość przestrzeni, zbiorowy umysł istnienia czyli Duch. Powoduje niszczenie barier dzielących człowieka od Absolutu. Absolut pragnie Człowieka od samego początku jego narodzin, bo archetypowo to jego „dziecko”, które się od niego oddzieliło i wkroczyło w świat fizyczny, wiec nie tylko człowiek ma poczucie rozdarcia i pustki.

Dusza, wyższa świadomość człowieka, potrafi dostrzec, że największym niszczycielem człowieka jest Ten, który go najbardziej kocha – Absolut. Śmierć jest piekłem dla ego, ale najwyższym błogosławieństwem dla duszy. Warto ujrzeć w śmierci nie jednorazowe, obce zjawisko, ale wielowymiarowy proces towarzyszący człowiekowi przez całe życie. Na poziomie dosłownej fizyczności to starzenie się , rozpad ciała, choroby. Na poziomie psychicznym doświadczenie śmierci to poczucia pustki, depresji, nicości, braku sensu, myśli samobójcze. W wymiarze duchowym, śmierć ego to przecież narodziny Ducha (wyższej świadomości) w Ciele, odzyskanie łączności z Absolutem. Śmierć duchowa jest przełomową inicjacją prowadzącą do przebudzenia i życia bez lęku.

Udana komunia Ducha w Ciele to stan Duszy – przebudzenie, taniec życia i śmierci w najwyższej ekstazie miłości. Im dojrzalszy Duch w Ciele, tym na poziomie symbolicznym mamy ciało „stare” stąd archetyp Mędrców jako „wiedzących” przewodników. Z intuicyjnego rozumienia wymiaru duchowego jako śmierci wzięły się określenia snu, jako małej śmierci.

Pisałam o tym w innych artykułach, że żeńska zasada kosmiczna również nosi przejaw śmierci. Otchłań, w którą wpadają upadłe anioły, mity o stworach pożerających mężczyzn itd są przykładem żeńskiej nieświadomości, która pożera męskiego, niedojrzałego Ducha, wpuszczając w swoje „łono”, czyli pustkę (Materię). Stąd symbole zębatej waginy, demonicznej Lilith, różnych ciemnych bogiń i tak dalej. Bez tego nie ma jednak transformacji Ducha, czyli kosmicznej męskości. Bo uwięziony w łonie Bogini, w najgłębszej ciemności i pustce Duch, przy zmianie perspektywy rozumie, że jest Jej synem.  Uczy się ją kochać i kreować w harmonii. I wtedy dopiero wychodzi z ciemności na świat, jak Sol Invictus, przebudzony, boski syn, ucieleśniony mesjasz. Jest metaforą przebudzenia i osiągnięcia dojrzałej świadomości człowieka. Taki człowiek nie widzi już zła w cielesności i materii, czyli żeńskiej emanacji Absolutu. Przestaje się czuć w niej uwięziony. Przestaje z nią walczyć i degradować, tylko zaczyna swobodnie się wyrażać w Jej łonie, w najwyższej błogości.

Podsumowując –  w wymiarze materii, śmierć jako atrybut męskiego pierwiastka duchowego 875bfa1f0105e486ccaf015ce1247fa7powoduje rozpad ciała fizycznego. Z kolei śmierć jako atrybut żeńskiego pierwiastka, powoduje rozpad niedojrzałej świadomości (Ducha).

Bóg powoduje śmierć Ciała, a Bogini śmierć Ducha.  W obu przypadkach, prowadzi to do transformacji jednego i drugiego, a przez to- dotarcia do Prawdy, Miłości i Życia Wiecznego – harmonijnego połączenia Ducha z Ciałem, najwyższej hierogamii kosmicznej.

Bo tak jak Ciało daje życie fizyczne Duchowi, tak Duch daje Ciału istnienie niefizyczne (po śmierci).

A więc życie – atrybut Bogini, i wieczność – atrybut czasu czyli Boga, są  ukoronowaniem drogi każdego istnienia, które odłączyło się od Absolutu. Warto podkreślić, że odłączyło się nie za karę, ale po to, by dojrzeć do relacji miłości. Dojrzewanie dokonuje się dzięki doskonalącej się świadomości (Duch) i formie (Ciało). Bez śmierci – czyli oczyszczania Ducha i Ciała ze wszystkiego co jest iluzją i fałszem, to doskonalenie nie jest to możliwe.  Od naszej perspektywy zależy zatem, czy zobaczymy w tym cierpienie, demony, piekło, koniec, pustkę i niesprawiedliwość, czy dowód najwyższej miłości, dążącej do uwolnienia wyższej świadomości.

Im doskonalsza Świadomość, tym doskonalsze Ciało, tym piękniejsza tantra Boga tańczącego w Bogini. Ten proces nie ma końca. Nie bójmy się śmierci, jest uwolnieniem naszego piękna cielesnego i duchowego na poziomach coraz bardziej subtelnych. Kiedyś Duch powiedział do mnie:  „Śmierć jest przeobrażeniem poczwarki w motyla”.

Każda śmierć – duchowa, psychiczna, jak i fizyczna, jest niszczeniem granic i ograniczeń umysłu, tym samym uwolnieniem motyla  – naszej własnej boskości.

4 odpowiedzi »

  1. Hej, dawno mnie nie było… Cieszę się Sylvano, że jest nowy wpis.
    A propos cierpienia. Ja mam tak, że cierpię wtedy, gdy stawiam opór i walczę z nieuniknionym. Im bardziej fikam, tym bardziej cierpię. Za cierpieniem wewnętrznym idzie cierpienie fizyczne (nie miejsce, żeby pisać dlaczego).
    Ulga przychodzi, jak zrozumiem przyczynę. Jak zrozumiem przyczynę, przestaję się stawiać; jak się nie stawiam, mija cierpienie wewnętrzne; jak mija cierpienie wewnętrzne, ból ciała wybrzmiewa do czasu powrotu do równowagi… Wszystko wraca na swoje miejsce, do następnego razu… 😉
    Ciekawy wpis.
    Pozdrawiam,

  2. Zdanie mam w zasadzie takie same, ubarwie je tylko.
    Manipulujemy ( tak jak slepcy ) przy pomocy sterty tabletek czy skalpela nad czyms, na co i tak nie mamy najmniejszego wplywu oprocz zmiany danych statystycznych. Chociaz otrzymalismy wlasnie najlepsza wersje naszego odejscia ( bo uwzgledniajaca wszystkie kombinacje ) i kazda nastepna bedzie gorsza. Instynktownego strachu pewnie sie calkowicie nie usunie ( moze niektorzy ), ale drastycznie zlagodzi.
    Nie boj sie i zaakceptuj nieuchronne.
    Jakas transformacja jest tez opcja. Mitologia grecka jest pelna roznych takich. Ukoronowaniem
    ich jest ta przemiana Hery/Gaji/Rhei w Atene, czyli najpierw ( chyba ) kobiecej czesci/strony Ducha. Ale moze byc to cos calkiem ” zwyklym ” i w koncu i tak ladujemy w przewidywanym miejscu. Czasem mozna to przesledzic, pod warunkiem, ze noc jest bezchmurna a Artemida gdzies dalej poluje.
    pozdrawiam

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s