archetyp cienia

Dlaczego dobrych ludzi spotyka zło? Świat bez sędziego

Istnieje pewna opowieść, którą ludzkość opowiada sobie od tysięcy lat, a która jest zarazem piękna i fałszywa. To opowieść o tym, że nad biegiem ludzkich losów czuwa jakaś sprawiedliwa siła. Cierpienie jest skutkiem winy,  natomiast szczęście nagrodą za właściwe życie. W tej opowieści, jeśli żyjesz szlachetnie, powinieneś być chroniony. A jeśli spotka cię zło, gdzieś po drodze musiałeś popełnić błąd.

Tę narrację psycholodzy społeczni nazywają hipotezą sprawiedliwego świata. Każdy, kto interesuje się rozwojem osobistym i duchowością, powinien się z nią zapoznać. Melvin Lerner, który badał ten mechanizm, pokazał  coś bardzo niepokojącego: gdy obserwatorzy widzą niewinną osobę cierpiącą bez możliwości rekompensaty lub naprawienia krzywdy, często uruchamia się w nich impuls, by ją zdeprecjonować albo znaleźć w niej przyczynę tragedii, która na nią spadła.

W środowiskach związanych z rozwojem osobistym i duchowością możemy zaobserwować ten mechanizm: im bardziej niewinne jest zachowanie ofiary, tym silniejszy bywa impuls, by ją oskarżyć. Nie z okrucieństwa, lecz z lęku.

Bo jeśli ktoś niewinny może cierpieć bez powodu, to chaos jest możliwy. Ludzka kontrola nad własnym losem okazuje się wtedy iluzją, której nie umiemy znieść. Odzywa się wtedy nasz Cień i nieświadomość. Opowiada o tym również dramat Hioba, który nie rozumiał, dlaczego jako człowiek prawy został dopuszczony do tak okrutnej próby.

Pytanie Hioba o sens nieszczęścia

To pytanie nie jest nowe. Słyszymy je w elegiach mezopotamskich, w greckich tragediach, w refleksji filozoficznej kolejnych epok. Dlaczego sprawiedliwy cierpi? Dlaczego bohaterowie umierają młodo, a agresorzy żyją długo? Dlaczego Sokrates wypija cykutę, a jego oskarżyciele pozostają po stronie zwycięskiego porządku? Dlaczego dzieci giną, a ich sprawcy są bezkarni?

Każda epoka wypracowała swój system odpowiedzi. Teologia zaproponowała próbę wiary lub dar wybrania przez cierpienie. W wielu uproszczonych interpretacjach religii wschodnich pojawiła się karma rozumiana jako „dług” wcześniejszych wcieleń. Ezoteryka dodała swoją wersję victim blamingu:  „przyciągasz to, co sobą reprezentujesz.”

Wszystkie te systemy posiadają wspólną cechę strukturalną: przenoszą odpowiedzialność za doznane zło na tego, kto go doznał.

Viktor Frankl, który przeżył Auschwitz i stworzył logoterapię, nie uznawał cierpienia za wartość samą w sobie. Sens może pojawić się dopiero w postawie człowieka wobec tego, czego nie może już zmienić. Frankl nigdy nie stwierdzał, że cierpienie było zasłużone czy wynikające z wcześniejszych aktów moralnych.

Mechanizm obwiniania ofiary jako teologia?

To, co dziś nazywamy victim blaming, ma swoje praźródło właśnie w teologicznym lęku przed bezcelowością. Jeśli Bóg albo wyższe siły są sprawiedliwe i sprawcze, to jeśli dobry człowiek traci pracę, oznacza to, że coś zaniedbał. Jeśli Maria choruje na raka, pewnie zbyt mało się modliła i musi nauczyć się pokory. Jeśli kosmos jest sprawiedliwy, a Paweł urodził się w biedzie, to z pewnością chodzi o długi z poprzednich wcieleń. To nie jest przypadkowy wniosek, lecz logiczna konsekwencja założenia wyjściowego: że system jest moralnie koherentny.

Jung widział w tym działanie Cienia zbiorowego, tej warstwy psyche, w której lokujemy wszystko, czego nie chcemy w sobie widzieć: bezradność, lęk, przypadkowość. Gdy spotykamy kogoś, kto cierpi bez przyczyny, nasz Cień mówi: musi być jakaś przyczyna. I szuka jej w ofierze. Bo gdyby jej nie znalazł, musiałby przyznać, że my sami możemy cierpieć bez winy. A tego ego nie zniesie.

W perspektywie systemów rodzinnych, bliskiej także pracom Harriet Lerner, widać, jak rodzina pod wpływem lęku może szukać winnego, kozła ofiarnego lub „identyfikowanego pacjenta”, który ma nieść napięcie całego układu. Na przykład, gdy ktoś choruje, część rodzin zaczyna szukać winnego, bo choroba bez oczywistej przyczyny destabilizuje poczucie kontroli pozostałych członków systemu. Ktoś musi być „przyczyną”. Ktoś musi „na to zasługiwać”. Inaczej wszyscy są bezbronni.

Wolna wola i lokalizacja odpowiedzialności?

Jest jednak podstawowa zasada, którą filozofia moralna zna od wieków, a którą systemy teologiczno-magiczne konsekwentnie wypierają: wolna wola. Tyle że wolna wola występuje tu nie w rozumieniu pełnej świadomości, czyli poszerzonej perspektywy widzenia dobra i zła, pożytku i szkody, ale jako zakres decyzji, który posiada człowiek działający wobec drugiej istoty. Innymi słowy, w większości sytuacji dorosły człowiek ma jakiś zakres wyboru i ponosi odpowiedzialność za to, jak z niego korzysta.

W praktyce: jeśli sprawca spotyka potencjalną ofiarę, nie jest prowadzony przez jej karmę ani aurę. To on podejmuje decyzję: przekroczyć cudze granice albo powstrzymać własny impuls –  przemocowy zamiar czy potrzebę dominacji.

Zatem istnienie wolnej woli lokuje odpowiedzialność po stronie tego, kto działa, a nie po stronie tego, kto doświadcza skutków tego działania. Przykładowo, jeśli ktoś cię uderzy, to nie twoja aura energetyczna, niezałatwione karmy ani dziecięce rany przyciągnęły ten cios. Ktoś podjął decyzję, by cię uderzyć. To jego akt, jego wybór, jego odpowiedzialność moralna. Sprawca może wykorzystywać cudzą łagodność, ufność albo brak obrony, ale to nadal nie czyni ofiary odpowiedzialną za przemoc.

Kant pisał, że traktowanie kogoś jedynie jako środka do celu jest naruszeniem ludzkiej godności. Ale systemy „zasługiwania na cierpienie” idą krok dalej: retroaktywnie sprawiają, że ofiara staje się sprawcą własnej krzywdy, co zwalnia właściwych sprawców z odpowiedzialności. Ten tragiczny błąd poznawczy towarzyszył ludzkości od dawna i bywał jednym z mechanizmów usprawiedliwiania społecznego wyzysku oraz podporządkowania słabszych. Tak uzasadniano wiele form zła: uprzedmiotowianie mężczyzn, kobiet i dzieci jako własność elit rządzących, ludobójstwa, systemy niewolnicze,  ogólnie przemoc wobec tych, których uznano za „gorszych”, „słabszych” albo „przeznaczonych” do uległości.

Immanuel Kant, pisząc o autonomii jako fundamencie moralności, wskazywał, że każda istota rozumna jest twórcą swoich aktów moralnych i ponosi za nie odpowiedzialność. Innymi słowy, akt zła należy do tego, kto go popełnił. Nie do konstelacji gwiazd, nie do energii ofiary, nie do jej poprzednich wcieleń, jak bardzo chcemy wierzyć, by móc zachować złudną kontrolę nad entropią.

Dlaczego najszlachetniejsi odchodzą pierwsi?

Psychologiczna odpowiedź na pytanie, dlaczego wybitni, szlachetni, wrażliwi ludzie umierają przedwcześnie lub doznają nieproporcjonalnego cierpienia, może być zaskakująco prosta i nie wymaga żadnej metafizyki: wrażliwość, szlachetność i głębia nie są tarczą w świecie pełnym chaosu. Nie są też wygodną postawą w bezdusznym systemie, w którym zbyt często władzę zdobywają nie najmądrzejsi, lecz najbardziej bezwzględni, najlepiej zorganizowani albo najskuteczniejsi w walce o dominację.

Otwartość na świat oznacza otwartość zarówno na jego piękno, jak i na jego ciosy. Ludzie o wysoce rozwiniętej empatii są bardziej narażeni na rany, bo nie wytworzyli cynicznej skorupy, która chroni przed czuciem.

Ludzie, którzy podejmują działanie w imię wartości, stają na linii ognia, bo działanie na rzecz innych oznacza konfrontację z tymi, którzy stoją na straży przemocy. Abraham Lincoln czy Martin Luther King nie zginęli dlatego, że „przyciągnęli” śmierć swoją energią. Zginęli, bo stanęli naprzeciw konkretnych ludzi, którzy wybrali zło i mieli ku temu środki.

Albert Camus, pisząc o absurdzie, nie pytał, dlaczego sprawiedliwi cierpią. Pytał, co zrobić z faktem, że cierpienie i śmierć są moralnie obojętnym faktem kosmicznym, wobec którego człowiek musi wypracować własne stanowisko. Odpowiedzią Camusa na absurd nie była kapitulacja, lecz bunt, wolność i świadome tworzenie. Zbuntujmy się – sugerował – nie dlatego, że świat jest sprawiedliwy, lecz właśnie dlatego, że nie jest.

Terapeutyczne konsekwencje błędu „sprawiedliwego świata”?

Gdy człowiek po traumie słyszy: „może to karma”, „może przyciągnąłeś to do siebie”, „może miałeś to przepracować”, mamy do czynienia nie z duchowym wsparciem, lecz z wtórną traumatyzacją.

Badania i praktyka kliniczna pokazują, że jedną z najbardziej destrukcyjnych reakcji wobec osoby po przemocy jest sugestia, że jej cechy, energia, karma czy „nieprzepracowane lekcje” uczyniły ją odpowiedzialną za krzywdę, której doznała. Judith Herman, psychiatra i badaczka traumy, opisuje, jak systemy przekonań, które lokują odpowiedzialność w ofierze, blokują leczenie, bo uniemożliwiają ofierze zbudowanie narracji, w której jest ona ocalałą, a nie sprawcą własnej krzywdy.

Winnicott pisał o „wystarczająco dobrej matce” i środowisku podtrzymującym jako warunkach zdrowego rozwoju psychicznego. Ale matka często sama była poraniona, a środowisko rzadko kiedy bywało wystarczająco przyjazne. Dla wielu z nas bywało wręcz okrutne i niszczące – statystyki przemocy rodzinnej i rówieśniczej są tego dowodem.

I zamiast zaprzeczać temu faktowi przez nadawanie mu sensu moralnego, terapeutycznie uczciwsze jest nazwanie go wprost: to, co ci się przydarzyło, było złem. Zrobił to ktoś, kto mógł wybrać inaczej i nie wybrał. Nie zasłużyłeś na to. Nikt nie zasługuje na zło. Natomiast każdy zasługuje na poczucie bezpieczeństwa, jeśli chcemy być dumni z naszej cywilizacji.

Przy okazji wielu zwolenników patriarchalnej narracji twierdzi, że świat jest wspaniałym osiągnięciem technologicznym mężczyzn, podczas gdy kobiety przedstawia się w tej opowieści jako bierne, zależne lub „bezużyteczne” poza funkcją reprodukcyjną. Taka wizja pomija jednak cenę, jaką przez wieki płaciły ogromne masy ludzkie: mężczyźni ginący na wojnach, kobiety, dzieci, ubodzy, niewolnicy, podbite społeczności i wszyscy ci, których system uznawał za słabszych.

Prawda jest taka, że ten świat nigdy nie był bezpieczny dla tych, którzy znajdowali się poza kręgiem uprzywilejowanych elit. W każdej epoce istniały wyzysk, ludobójstwa, wojny, tortury, gwałty oraz wysoki poziom przemocy w rodzinach, wspólnotach i na ulicach. Zazwyczaj nie myślimy o takich sprawach, dopóki nas samych albo kogoś bliskiego nie spotka cierpienie.

Życie bez kosmicznej gwarancji?

Dojrzałość duchowa, paradoksalnie, polega na gotowości zrezygnowania z iluzji kosmicznej sprawiedliwości. Jednak nie po to, by zapaść w nihilizm, lecz po to, by wziąć odpowiedzialność za swoje działania w świecie. Jeśli wierzymy w Boga albo siłę wyższą, możemy rozumieć ją jako rzeczywistość, która manifestuje się przez człowieka duchowo odpowiedzialnego,  empatycznego i moralnie obecnego.

Co za tym idzie, Bóg czy kosmos nie wynagradza krzywd w prostym systemie kary i nagrody, bo krzywdy nie są areną duchowej odpłaty. Są zniekształceniem ludzkiej rzeczywistości, czynem bezsensownym społecznie, destrukcją, której nie trzeba przypisywać wyższego celu, aby móc ją nazwać po imieniu.

Frankl pisał, że ostatnią wolnością człowieka jest wolność wyboru postawy wobec zła, które go spotyka. Nie możemy kontrolować, czy ktoś wyrządzi nam krzywdę, ale możemy kontrolować, czy tę krzywdę nazwiemy po imieniu i czy zlokalizujemy odpowiedzialność tam, gdzie naprawdę leży: po stronie tego, kto ją wyrządził.

Świat nie jest rządzony przez sprawiedliwego sędziego. Jest zamieszkały przez ludzi, którzy mają wolną wolę i wybierają, co z nią zrobią. Część z nich wybiera empatyczne i pokojowe podejście do bliźniego, a część wybiera przemoc.

I jedyną rzeczą, której kosmiczny porządek od nas wymaga, jest to, byśmy wiedzieli, które jest które, i by nasza odpowiedź na zło była twarda, jasna i bez zbędnych okoliczności łagodzących.

Duchowość uziemiona nie będzie idealizować sprawców ani tym bardziej potępiać ofiary, bo wystarczy, że robiła to filozofia patriarchatu. Świadome rozpoznanie dąży do pociągnięcia do odpowiedzialności ludzi, którzy z premedytacją krzywdzą oraz do obdarzania współczuciem wszystkich niesprawiedliwie potraktowanych. Nie wszyscy znają zasady etyczne oparte na prawie do godności, dlatego zmiany na świecie trwają tak długo i mamy tendencję do okresowych regresów.

W praktyce nie przyciągnąłeś przemocy. Ktoś tak wybrał, bo działał z pozycji dominacji, pogardy albo przekonania, że silniejszy ma prawo korzystać ze słabszego. Według jego światopoglądu, opartego z grubsza na zwierzęcym prawie silniejszego, jesteś mu podległy, bo jesteś słabszy, więc ma prawo cię wykorzystywać i eksploatować.

Cień zbiorowy i cena świadomości?

Jest jeszcze jedna prawda, którą warto wypowiedzieć wprost. Ci, którzy wchodzą głęboko w ciemność zbiorową, którzy dotykają nieświadomości całych pokoleń, którzy mierzą się z tym, od czego większość odwraca wzrok, są szczególnie narażeni na ryk chaosu.

Cień zbiorowy nie jest jedynie abstrakcyjną metaforą. Psychologicznie działa jak realne pole napięć, projekcji i nieuświadomionych impulsów, które może człowieka pochłaniać. Jung wiedział o tym z własnego doświadczenia, gdy pisał o konfrontacji z nieświadomością jako o czymś, co może zniszczyć człowieka niewystarczająco zakorzenionego.

Ci, którzy schodzą najgłębiej w tematy przemocy, traumy i zbiorowego cienia, bywają narażeni na poważne koszty psychiczne. Nie każdy wraca z takiej konfrontacji bez strat. I nie dlatego, że zgrzeszył czy zasłużył. Wręcz przeciwnie – dlatego, że chaos jest prawdziwy, a niewinność nie jest pancerzem.

To jest właśnie powód, dla którego cywilizacja nie może opierać się wyłącznie na wierze w boską sprawiedliwość. Prawo boskie milczy, gdy mordowany jest reformator i człowiek szlachetny. Milczy, gdy ginie dziecko. Milczy, gdy sprawca idzie spać z poczuciem bezkarności.

Dlatego budujemy prawo ludzkie, instytucje, trybunały, procedury ochrony ofiar. Nie dlatego, że jesteśmy niewierzący, lecz dlatego, że rozumiemy, iż odpowiedzialność za ten świat leży w ludzkich rękach. Każda norma prawna, która ogranicza przemoc, każdy wyrok, który nazywa zło po imieniu, każdy człowiek, który mówi „nie” tam, gdzie wcześniej panowała zmowa milczenia, to jest właśnie ów wysiłek cywilizacyjny: sprawić, by ten świat był choć odrobinę bezpieczniejszy niż był wcześniej.

Siła wyższa nie wykona tego zadania za człowieka, bo to do nas należy ta rzeczywistość. To jest nasze kolektywne działanie. Dlatego jednoczmy się, by chronić ludzi, którzy tak szybko odchodzą. Doceniajmy ich życie i kontynuujmy misję stawania za tymi, którzy zostali skrzywdzeni. Wciąż jest ich bardzo, bardzo wiele.

„Nie powinno się usprawiedliwiać zła ani pozwalać mu istnieć ze względu na jego rzekomo regulującą rolę, jak przedstawiają to niektóre koncepcje duchowe oparte na wierze w sprawiedliwy świat. Bezkrytyczne przyjmowanie idei Boga lub karmy jako egzekutora zapłaty za czyny z poprzednich inkarnacji bądź grzechy przodków rodzi fałszywe przekonanie o konieczności poświęcenia i przyjmowania losu z pokorą. Tego rodzaju wierzenia zakotwiczają człowieka we wzorcu kat-ofiara, zamiast pomagać mu wyrwać się ze spirali okrucieństwa.”  (fragment z książki „Mandala Cienia”)

Zgadzasz się?

❤️

Farida Sorana


Jestem psycholożką, terapeutką, autorką książki Mandala Cienia . Pomagam przejść przez kryzysy i ciemne noce, odkrywać siebie i swoją drogę. Od 15 lat towarzyszę klientom w procesach przebudzenia i transformacji życia.

👉 Potrzebujesz wsparcia i chcesz umówić się na sesję online?

Grafika wektorowa Poczty elektronicznej, obrazy wektorowe ...Wypełnij formularz:

farida.pl/sesje-online 🙂


Odkryj więcej z Ciemnanoc.pl

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: archetyp cienia, Dlaczego ludzi są źli?, duchowość i rozwój osobisty, Integracja cienia, przebudzenie, pułapki cienia, pułapki duchowości, świadomość

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Zostaw odpowiedź