Niektórzy z nas ulegają pewnej iluzji: wierzą, że ludzie z natury są dobrzy. Że każdy pragnie miłości, zgody, przyjaźni i zaufania. Często pisałam o projekcjach Cienia, ale tym razem chcę zwrócić uwagę na to, że możemy przypisywać innym cechy pozytywne, które w istocie są bardziej prawdą o nas samych. Kiedy mamy słabe rozpoznanie własnego „ja” i niską samoocenę, nie doceniamy tych jakości w sobie, a czasem nawet je wypieramy, woląc dostrzegać je w innych i oczekując, że to oni nas „dopieszczą”. To jednak grozi bolesnym „pęknięciem bańki”, ponieważ jeśli nie chcemy zobaczyć tych cech w sobie, wciąż będziemy rozbijać swoje lustra.
Oznacza to, że będziemy nieustannie się rozczarowywać, że człowiek, którego wybraliśmy, jednak nie jest taki, jak zakładaliśmy, bo – szczerze mówiąc – zakochiwaliśmy się w swoim obrazie pełni, a nie w nim konkretnie.
DEMONIZACJA I IDEALIZACJA
Można zauważyć, że projekcje jasne stanowią zagrożenie dla naszego „ja”, natomiast ciemne, gdy przypisujemy innym wyimaginowane złe intencje, krzywdzą tych, których demonizujemy. Dziś widać to choćby w wypowiedziach osób, które z pełnym przekonaniem twierdzą, że „płeć przeciwna jest zła, zdradliwa i pozbawiona moralności”. Nie dostrzegają, że język nienawiści, będący skutkiem nieprzepracowanej traumy, więcej mówi o ich własnych brakach niż o rzekomych wadach atakowanej strony.
Degradując połowę ludzkości i sprowadzając ją do rynsztoka, narażamy się na błędną perspektywę poznawczą. Eskalując pogardę wobec ludzi, pokazujemy brak kontaktu z wartościami duchowymi i krzyczącą ranę, która pragnie zranić wszystkich dookoła, zamiast wziąć odpowiedzialność za proces uzdrowienia.
Generalizacja, tak jak idealizacja, może być jakąś formą odreagowania bólu i wewnętrznej pustki – dobrze to wiedzieć. Gdy dajemy zbyt duży kredyt zaufania światu, narażamy się na skrzywdzenie i powtarzanie tych samych błędów. Projekcja typu „różowe okulary” wysyła sygnał, że jesteśmy nieco naiwni, gotowi widzieć anioła w każdym, nawet jeśli pod tą fasadą kryją się niebezpieczne intencje. To kończy się tak samo: iluzja prędzej czy później rozbija się o skały brutalnego doświadczenia, które zostawi w nas uraz.
Demonizujący innych skazują siebie na samotność i zasilanie sztucznej wojny, bo wszędzie widzą wrogów i obsesyjnie szukają potwierdzeń dla swoich uprzedzeń. Idealiści postępują odwrotnie – uparcie nie dostrzegają zagrożeń, więc również kończą w cierpieniu i poczuciu wykorzystania. Tak źle i tak niedobrze.
RATOWANIE DRUGIEGO CZŁOWIEKA KOSZTEM SIEBIE
Znamy historie osób w trybie ratowników, którzy nie dopuszczali do siebie myśli, że istnieją ludzie z premedytacją wybierający dominację i przemoc. „Przecież ta osoba jest w głębi dobra, tylko nie wie, co robi. Ja jej pokażę dobro, a jej skorupa stopnieje” – mówili. Bestia miała zmienić się w oblubieńca, a roszczeniowa księżniczka w czułą ukochaną. Niestety, życie pisze inne scenariusze.
Jeśli uparcie odmawiamy zobaczenia drugiego człowieka takim, jaki jest, i karmimy się projekcją (czyli widzimy siebie w nim), skończy się to rozdarciem wewnętrznym, chaosem, dłuższym okresem przygnębienia, wstydu, poczucia porażki. Następuje biczowanie: „co zrobiłam źle?”, „dlaczego mnie to spotkało?”, „to pewnie efekt poprzedniego wcielenia” albo „nieprzepracowana rana przodków”.
A może to po prostu efekt złych wyborów w „tu i teraz”? Brakuje nam podstawowej wiedzy o mechanizmach projekcji i obronnych iluzjach, które zniekształcają obraz człowieka.
BŁĘDNE PRZEKONANIA
Bo gdyby ktoś nie kierował się wiarą, że wszyscy są „dobrzy”, tylko przyjął do wiadomości, że istnieją także osoby drapieżne, być może nie wchodziłby w relację z kimś, kto od początku zachowuje się podstępnie i kłamliwie. I odwrotnie, gdyby ktoś nie zatruwał się przekonaniami, że „wszyscy mężczyźni myślą o jednym” albo „wszystkie kobiety są materialistkami”, mógłby dostrzec własne schematy: gdzie został zraniony, gdzie wszedł w układ mylony z miłością i dlaczego nie potrafi znieść, że ktoś pokazuje mu to jak w lustrze.
Tak czy inaczej, idealizacja i demonizacja prowadzą do oszukańczych relacji, bo pierwszym oszustwem jest zakłamywanie swojego filtra odbioru.
Nie będę gołosłowna – jako ratownik z syndromem DDD uświadomiłam sobie w procesie terapeutycznym, że mimo ogromu empatii (wykształconej pod wpływem otoczenia rodzinnego, gdzie byłam widzialna tylko wtedy, gdy ratowałam rodziców przed nimi samymi) traktowałam relacje transakcyjnie: dawałam z siebie wszystko, oczekując tego samego w zamian. Był to warunek, którego nie komunikowałam, a tylko zakładałam, że przecież każdy pragnie totalnego oddania w miłości, gdy przychodzi czas próby. Jak bardzo się myliłam! Nie każdy chce poświęcającej się miłości, nie dla każdego uczucie jest ważniejsze od samorealizacji czy spraw łóżkowych.
CO Z TYM SPEŁNIENIEM?
Są osoby po prostu niezdolne do współpracy i do zakładania rodziny, a mimo to je tworzą. To jedna z trudniejszych lekcji o życiu, która demontuje romantyczny filtr. Bo większość z nas wciąż wierzy, że rodzina i związek daje pełnię szczęścia każdemu i mobilizuje wszystkich do doskonalenia się. Owszem, daje spełnienie – ale wtedy, gdy obie osoby są kompetentne, posiadają zasady moralne, inteligencję emocjonalną i umieją ramię w ramię przechodzić przez kryzysy z zachowaniem szacunku. Gdy kultywują te same wartości i cele, jest szansa na rozwijanie relacji i wychodzenie z dołków. Niestety, z tą uczciwością jest różnie. Ktoś może opowiadać bajki drugiej osobie, tylko po to, by ją zatrzymać, zdobyć, karmić się nią przez lata.
Ratownik, podobnie jak egoista, ma trudność w prowadzeniu relacji, ponieważ nie umie zachować równowagi w wymianie zasobów. Ratownik niedojrzały narusza tę równowagę, poświęcając się i dając z siebie za dużo, by następnie wejść w rolę wykorzystanej ofiary, a potem oskarżającego, gniewnego kata. To skrót tej dynamiki, ale z grubsza tak może wyglądać.
Jeśli jedna z osób traktuje drugą jak obiekt do wykorzystania, taki związek nie ma racji bytu. Ale wierzyliśmy, że to nasze zadanie naprawić drugiego człowieka – i wchodzimy w tryb ratowania czegoś, czego nigdy nie było. Kultura nas w tym względzie okłamała. Nie nauczyła odpuszczać pod groźbą społecznego ostracyzmu (pamiętamy dawne czasy, gdy rozwody nie istniały, ponieważ naruszałyby święty sakrament i „rozgniewałyby Boga” oraz społeczność wokół).
ROZCZAROWANIE KOBIET I MĘŻCZYZN
Bywają kobiety, które uwierzyły, że gdy założą rodzinę, urodzą dzieci i wychowają je, to będą dobrze traktowane, doceniane, kochane. Spotyka je rozczarowanie, gdy po wykonaniu tej ogromnej misji odkrywają, że mąż od dawna prowadzi podwójne życie. Bywają mężczyźni, którzy wierzyli, że zapewniając kobiecie pieniądze, stabilizację i komfort, gwarantują sobie jej miłość i oddanie. Szokiem bywa odkrycie, że mimo tego kobieta decyduje się odejść i żyć po swojemu. Szukają więc winnych i próbują racjonalizować niezrozumiały dla nich wybór, zwalając na polityczne („lewackie”) treści, feminizm i tak dalej. (swoją drogą warto sprostować, że feminizm nie był w założeniach mizoandryczny i nie był wrogiem mężczyzn, tylko słusznie walczył o to, by kobiety miały te same prawa samostanowienia).
Tu mała dygresja: nawet szlachetny w swoich założeniach światopogląd, w rękach niedojrzałych ludzi, może zmienić się w narzędzie radykalizmu i dyskryminacji. Pamiętamy, jak wojny zbierały żniwa za pomocą religijnych ideałów, a dziś widzimy wojny psychologiczne. Każdy pretekst, by walczyć z płcią przeciwną, wydaje się „dobry” dla osób mocno poranionych, zagubionych, ale też – niestety – narcystycznych (dowartościowujących się przez dewaluację innych).
Osoby zintegrowane i świadome pod wpływem komentarzy czy filmików w necie nie podejmują życiowych wyborów. Ludzie szczęśliwi ze sobą, szanujący się nawzajem nie odchodzą od siebie pod wpływem treści z internetu czy politycznych ideologii. Nie trywializujmy kryzysów międzyludzkich, bo za wieloma rozstaniami stoi jakaś niezaspokojona pustka, nieuświadomiona rana, zaniedbanie. Tylko nie zawsze umiemy to opisać i zobaczyć.
Jako psycholog na co dzień spotykam się z problemami miłosnymi i nigdy nie zetknęłam się z sytuacją, w której ktoś odchodziłby z powodu poglądów politycznych czy lansowanych w mediach ideologii. Powody są zazwyczaj konkretne, choć nie zawsze ujawnianie: dotyczą zaniedbania emocjonalnego, przeciążenia obowiązkami, poczucia niesprawiedliwości, zdrady lub wykorzystania. Gdy druga strona nie przyjmuje tych argumentów do wiadomości, łatwiej jest zrzucić winę na enigmatyczne otoczenie, teorie spiskowe czy bliżej nieokreślone „demony” – byle tylko nie przyjrzeć się problemowi u źródła.
PROBLEM ISTNIAŁ JUŻ WCZESNIEJ, TYLKO NIE BYŁ NAZWANY
Może być tak, że zaniedbywania i nadużycia istniały w relacji od początku, ale ktoś nie umie tego nazwać ani odpowiednio zareagować. Efektem jest np. uczucie ciągłego napięcia, bóle psychosomatyczne, uzależnienie, depresja, stany lękowe. Ale pomimo tych stanów, dalej nie łączy kropek i nie chce nazwać manipulacji, w jakiej tkwi. Wtedy treści, na które się natyka, mogą pomóc mu uświadomić miejsce, w jakim jest, i jak postawić granice. Zadbać o siebie, iść na terapię. Nie ma w tym nic złego, to jest postęp.
Czasem nie chcemy po prostu dostrzec, że zbudowaliśmy relację na oczekiwaniach, na własnych zasadach kontroli, a być może nigdy nie spytaliśmy drugiego człowieka, co mu w duszy gra. Albo nie chcieliśmy zobaczyć, że ta osoba nigdy nas nie pokochała, tylko np. nasze zasoby. A potem przychodzi moment, gdy ta osoba się przebudza i chce swoje zasoby wykształcić, bo rozumie już, iż oszukiwała siebie i drugą stronę. Może być tak, że dostosowywała się do naszej dominującej postawy, a potem coś w niej pęka, bo nie da się udawać kogoś, kim się nie jest. Dotyczy to każdego, bez względu na płeć, bo zarówno kobieta, jak i mężczyzna może być katem i ofiarą. Mamy prawo być rozgoryczeni, że pewnych rzeczy nie zauważyliśmy. Że nikt nam nie pokazał jaki świat jest w istocie, tylko pompowano nas iluzjami o miłości, która pokonuje wszelkie przeszkody, o związkach jako głównym sensie życia. Z drugiej strony jesteśmy pierwszym pokoleniem, które zaczęło o tym głośno mówić i uzdrawiać wewnętrzne klatki.
ŚWIADOMA MIŁOŚĆ JAKO WYBÓR
Świadomej miłości nie mylimy dzisiaj ze współuzależnieniem ani z głodem emocjonalnym. Nie da się jej kupić poświęceniem, pieniędzmi, ani łóżkiem. Zaczyna się tajemnicą – alchemicznym koktajlem bez receptury, którego nie da się kontrolować. Możemy nad nią pracować, ale nie będziemy mieć pewności, że przetrwa. Nie da się jej przewidzieć, bo nie ma algorytmu. Jest zarazem chaosem i duchowym porządkiem, który rozsadza ograniczenia w naszym myśleniu.
Miłość jest jedyną formą magii i mocy, w której możemy uczestniczyć, ale nie możemy nią władać. Miłość niestety jest ryzykiem, ale z moich obserwacji wynika, że osoby, które budują ją na przyjaźni i partnerstwie, zmniejszają ryzyko urazu, gdyż mają wykształconą komunikację z drugim człowiekiem. Gdy druga osoba mówi prawdę i wyraża się otwarcie, zaczynamy jej ufać. Gdy jej słowa pokrywają się w czynach, czujemy się spokojni i bezpieczni. Gdy zaś jest zamknięta, nieszczera i niespójna, relacja z nią staje się pełna stresu, napięcia, frustracji.
W moim pokoleniu widać wiele związków bez umiejętności świadomej komunikacji, która zakłada, że obie strony są tak samo ważne. Coraz częściej mówimy o współuzależnieniu, które emocjonalnie napędza relację, powodując przykładowo, że jednego dnia ludzie się ranią i nienawidzą, a drugiego kochają i godzą. Wahania dopaminy rządzą nastrojami i reakcjami. Takich dynamik udających miłość jest znacznie więcej – polecam choćby zapoznać się z teorią trójkąta dramatycznego czy też stylami przywiązania. Nieświadomie odtwarzamy te role i wydaje nam się, że to jest związek, a to jedynie imitacja zachowań znanych z otoczenia rodzinnego. Wówczas jesteśmy bardziej odreagowującymi dziećmi niż współtworzącymi dorosłymi.
Warto więc rozpocząć pracę nad sobą – choćby po to, by uświadomić sobie dziecięce role, jakie nieświadomie odgrywamy przy drugiej osobie. To nie my wybieramy te role, lecz one wybierają nas jako programy umysłu. Aby przestały nami rządzić, musimy je dostrzec, nazwać i uczyć się dokonywać innych wyborów. Jest to możliwe, o czym świadczy doświadczenie osób, które dokonały takiego wglądu i rozpoznania.
UNIEWAŻNIENIE W RELACJI
Bywa też, że gdy jedna osoba chce poruszyć ważny temat, druga natychmiast ucieka („pogadamy o tym kiedy indziej”, „muszę lecieć do pracy”) albo ją unieważnia („jesteś przewrażliwiony”, „wymyślasz sobie”, „szukasz problemu, którego nie ma”). Widać to także w dyskusjach w internecie – te próby gaszenia innych, z którymi się nie zgadzamy, odbywają się często bez najmniejszych podstaw kultury osobistej i bez umiejętności prowadzenia intelektualnej rozmowy opartej na merytorycznych argumentach, a nie personalnych pociskach.
Zadziwia, że nawet osoby, które uznajemy za autorytety, wydawałoby się dojrzałe i mądre, sięgają po deprecjonowanie innych. Rywalizacja ego przenika sferę rozwoju osobistego i duchowości, podważając ich podstawowe założenia: miłość, pokój i szacunek. Dopóki mamy potrzebę degradować kogoś i atakować personalnie, oznacza to, że wciąż szukamy cząstki siebie (Cienia). Wolność osobista kończy się tam, gdzie zaczyna się godność drugiego człowieka. Nie możemy mówić o wolności i szczerości bez odpowiedzialności, która charakteryzuje dojrzałą psychikę. Możemy, jak najbardziej, krytykować i oceniać ludzkie zachowania, ale nie mamy prawa nikogo publicznie obrażać ani poniżać.
Jeśli nawet w duchowości i religiach widzimy wzorce dominacji i hejtu, to cóż dopiero w relacjach osobistych? Postawy, które niszczą związki, wciąż bywają uznawane za „normalne”. Na szczęście powoli się to zmienia. Coraz częściej jesteśmy świadomi, czym jest toksyczne zachowanie i jak wpływa ono na naszą psychikę oraz ciało.
ZACHOWYWANIE POZORÓW
Moje pokolenie (+40, +50) nie było uczone mówienia o tym, co czuje – ważne było zachowywanie pozorów przed innymi. To także powoli rozpada się na naszych oczach, na rzecz większej autentyczności. Oczywiście, będziemy to mylnie kojarzyć z egoizmem, bo autentyczność zakłada życie w zgodzie ze sobą. To jest druga skrajność, do której zmierzamy, ale czy ludzkość nie rozwija się na zasadzie wahadła? Odbijamy się ze skrajności w skrajność, by potem połączyć poznane krańce w złoty środek.
Przeżywamy z jednej strony kryzys relacji, a z drugiej – rozkwit podstawy: relacji z samym sobą. Dzięki temu można mieć nadzieję, że w przyszłości będzie mniej związków opartych na przyciąganiu deficytami i na piekle, które z nich się rodzi, a więcej relacji świadomych, w których dwie suwerenne osoby budują partnerską, zdrową wymianę. Innymi słowy, ilość ustąpi jakości.
PRZEJŚCIE DEMOGRAFICZNE
Nasza dawna kultura nie potrafi pogodzić się z tym kierunkiem, ponieważ była nastawiona na rozmnażanie, tryb przetrwania i zasilanie systemu. To zrozumiałe, że wszystko się kończy, ale walczymy z tym końcem, bo dobre wydaje się to, co poznane, nawet jeśli rodzi robaczywe owoce, podczas gdy nowe jawi się zawsze jako „złe”.
Starzejące się społeczeństwa, które osiągnęły dobrobyt, wpisują się w ostatni etap przejścia demograficznego. Społeczeństwo jako dojrzały byt nie wróci już do rozmnażania się na potęgę, jak to było u naszych przodków. Nie jest to winą młodego pokolenia, lecz naturalną konsekwencją tego, że wyszliśmy z trybu walki o przetrwanie, a średni wiek życia podwoił się.
Być może zamiast hejtować wybory młodego pokolenia, które chce inaczej pokierować swoim życiem, niż my byśmy tego oczekiwali, czas najwyższy zatroszczyć się o to, co im zostawiamy w spuściźnie. Większa liczba ludzi nie sprawi, że problemy ekonomiczne wyparują – wręcz przeciwnie, odwracają one jedynie uwagę od systemowych nowotworów i nadużyć. Nie potrafimy efektywnie zarządzać tym, co mamy, dlatego szukamy tematów zastępczych, załamujemy ręce nad niską dzietnością i krytykujemy młodych, zamiast stawać się bardziej świadomymi obywatelami, mającymi realny wpływ na system, którego jesteśmy żywą tkanką. A ten system nie działa najlepiej, skoro od lat – niezależnie od opcji politycznych – wstydzimy się i stresujemy z powodu marnotrawstwa oraz jałowych wojenek naszych włodarzy.
ZŁAMANIE RODOWYCH PROGRAMÓW
Wracając do głównego wątku, pocieszające jest to, że dojrzewamy do poznawania miłości w różnych wymiarach, a ona nadaje życiu sens, choć wygląda to inaczej niż u naszych poprzedników. Naiwnością jest dziś wiara, że miłość sprowadza się wyłącznie do spotkania osoby, która nas pokocha, i że tak pozostanie na zawsze. To, że uwierzyliśmy w ten mit i na nim oparliśmy wszystko, bywa czasem największym źródłem bólu. Tym, którym się nie udało, pozostaje zbudowanie miłości do siebie i poszukiwanie kogoś o podobnych wartościach. Część ludzi się odnajdzie, część – niestety – nie. Jak była mowa powyżej, nie każdy nadaje się do tworzenia związków i zakładania rodziny.
Gdy rozmawiam z kobietami, często przebija przez nie uczucie porażki i winy, że nie wypełniły rodowego nakazu kontynuowania misji małżonki i opiekunki domowego ogniska (zwłaszcza jeśli pochodzą z tradycyjnych rodzin). Jednak dusza może mieć inne rozwiązanie i szerzej pojmować miłość. Sama mogę to potwierdzić – obok rodzicielstwa odnajduję spełnienie w pracy, pisaniu, twórczości i na ścieżce duchowej. Miłość odkryłam tam, gdzie nie spodziewałam się, że będzie dla mnie obecna. Jestem wdzięczna, że mogę żyć w zgodzie ze sobą. W dawniejszych czasach kobiety nie miały szans na samorealizację w takim stopniu jak dziś. Wierzyły, że szczęście znajdą przede wszystkim w małżeństwie i poświęceniu się sprawom domowym. Z kolei mężczyźni nigdy wcześniej nie uczestniczyli w życiu emocjonalnym rodziny w takim wymiarze jak obecnie – sądzili, że są stworzeni głównie do celów zewnętrznych.
Czy to źle, że dziś zyskujemy wybór, w jaki sposób chcemy się spełniać? Czy to źle, że obie płcie wzbogacają się, odkrywając zasoby, które wcześniej były sztywno przypisane stronie przeciwnej? Nie. Problemem jest coś innego: niezdolność do autorefleksji, trwanie w roszczeniowym trybie (dotyczy to obu płci) oraz nieprzepracowane traumy, które kładą się cieniem na relacje z drugim człowiekiem. Problemem staje się sytuacja, gdy jedna z płci definiuje swoją wolność, dyskryminując drugą i oczekując jej podporządkowania lub finansowego utrzymywania.
Jak wiele osób, także i ja musiałam złamać kody kulturowe głęboko we mnie zakorzenione. Niczego nie żałuję, poza utraconymi latami kręcenia się w kółko i pytania: „dlaczego historia wciąż się powtarza?”. W młodości byłam nastawiona na znalezienie drugiej połówki i naprawdę wierzyłam w to zadanie (tak często mają dzieci z dysfunkcyjnych rodzin – próbują zrekompensować sobie emocjonalne więzi, których nigdy nie doświadczyły). W tym celu nieraz ratowałam związki kosztem siebie, bo bałam się samotności. Na pewno znacie to z autopsji. Na brakach nie zbudujemy niczego trwałego i prawdziwego.
MIŁOŚĆ CZY TRANSAKCJA?
Pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć – trzeba najpierw odnaleźć siebie i zaopiekować się emocjonalną raną, aby móc otworzyć się na odpowiedzialną relację z drugim, dojrzałym człowiekiem. Trudno budować więź na ratownictwie jednej ze stron, na dominacji czy uległości, albo na poszukiwaniu w partnerze ojca lub matki. Na byciu niewidzialnym. Nie stworzymy związku miłosnego opartego na transakcji: pieniądze i służba czy pieniądze i seks. To są układy, do których dorośli ludzie mają prawo, ale nie nazwałabym ich relacjami miłosnymi.
Może warto rozróżnić te pojęcia, bo zbyt często stosujemy je zamiennie, oszukując siebie i drugą osobę. Ileż małżeństw zbudowano właśnie na takiej transakcji, a potem dziwimy się, że kończą się rozwodem. To mogło na początku być zakochaniem, ale niekoniecznie przerodziło się w świadomą miłość. Z czasem odsłaniało natomiast drenującą manipulację, uprzedmiotowienie i poczucie niegodności, a także brak umiejętności rozmowy czy niezdolność do współpracy i troszczenia się o to, co istotne. Dotyczy to obu płci, nie tylko jednej.
DUCHOWA NIEZALEŻNOŚĆ
Nasz świat jest dziś bardziej transparentny niż w dawnych czasach, dlatego wielu rzeczy nie ukryjemy już przed drugim człowiekiem. Zdrady zdarzały się kiedyś tak samo jak dzisiaj, lecz były skrzętniej ukrywane. Nie istniały media społecznościowe, a przepływ informacji był znacznie gorszy. Współcześnie mówi się o zdradach jawnie, co daje pozór, że „kiedyś ludzie byli bardziej moralni”. Nie – to tylko iluzja poznawcza. Nie byli bardziej moralni, lecz trzymali maski przed innymi, ponieważ wiele tematów było tabu.
Gdy człowiek osiąga duchową niezależność, nie oznacza to wcale, że nie chce tworzyć relacji. Może wręcz pragnąć jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak taka więź musi już spełniać inne standardy niż dotychczasowe. Nie chcemy walczyć o kogoś, pompować ego, odgrywać ról, bawić się w kotka i myszkę czy udowadniać coś sobie albo drugiej osobie. Liczą się spokój, życzliwość, przejrzyste cele, wartości moralne, współpraca. Wzajemny szacunek, bez którego w zasadzie nie możemy mówić o świadomej relacji.
To niby nic odkrywczego, ale wciąż są to zasady, których trzyma się mniejszość, a nie większość. Dlatego w moim pokoleniu jest tak wielu singli – wolą być sami, niż krzywdzić albo być krzywdzeni w nieodpowiedzialnej więzi. Dla osób emocjonalnie dojrzałych priorytetem staje się komunikacja, w której drugiego człowieka traktuje się w sposób równoważny, a nie lekceważący. Ileż razy mieliśmy do czynienia z odbijaniem piłeczki, zamiast rzeczowych argumentów?
No i najgorsze – niechęć do wypracowania rozwiązań, a zamiast tego szachowanie drugiej osoby, szantażowanie jej, by uległa. Związek to nie wojna ani pole hegemonii. Rozwiązaniem nie jest oddanie władzy jednej ze stron, lecz nauka przyjaźni między kobietą a mężczyzną, ponieważ oboje wypracowują kompetencje potrzebne do miłości.
Mit o tym, że kobiety są bardziej emocjonalne, a mężczyźni bardziej intelektualni, został już obalony w badaniach naukowych. Nie różnimy się w zakresie inteligencji i emocji, lecz inaczej je wyrażamy, ponieważ dziewczynki i chłopcy wciąż są odmiennie socjalizowani. Oczywiście specjalizacja w związkach jest potrzebna, ale powinna opierać się nie na stereotypach płciowych, lecz na realnych umiejętnościach i predyspozycjach jednostek. Nie jest więc prawdą, że kobiety odpowiadają wyłącznie za sfery emocjonalne, a mężczyźni za przewodzenie i podejmowanie ważnych decyzji. To przestarzałe, kulturowe ideały, które nie znajdują dziś potwierdzenia w codzienności. Jako ludzie różnimy się tak bardzo intelektem, emocjami, seksualnością, talentami, pasjami, charakterem i uwarunkowaniami, że trudno znaleźć dowody na to, iż jedna płeć ma jakąkolwiek przewagę. Wiara w szczególną misję jednej płci może być formą narcyzmu – poszukiwaniem docenienia poprzez wywyższanie się na tle drugiej.
PARTNERSTWO JAKO NOWY STANDARD RELACYJNY
Czasy desperackich rywalizacji o czyjeś serce, poświęcania się, by zostać zauważonym, czy kupowania uczuć – powoli odchodzą. Coraz więcej osób nie chce tworzyć związków w taki sposób, w jaki robili to nasi przodkowie. Coraz rzadziej łączą nas religijne wierzenia i dogmaty, a coraz częściej mówimy o wartościach duchowych. Szczerość, przyjaźń, szacunek, umiejętność poruszania trudnych tematów bez odrzucania na wstępie – to właśnie one budują poczucie bezpieczeństwa i intymności. To są jakości, dla których naprawdę warto żyć i starać się o związek każdego dnia. Szkoda tylko, że niewielu postawiło je na pierwszym miejscu.
W swojej pracy psychologa mam do czynienia z parami, które komunikują się szczerze, potrafią współpracować nawet w trudnych sytuacjach, starają się wyjaśniać nieporozumienia i słuchać siebie nawzajem, zamiast stosować kary i nagrody, poniżenia czy emocjonalne „jazdy”. Sprzeczki istnieją, ale liczy się intencja – do czego one służą? Czy do poniżenia drugiej strony, czy ostatecznie do budowania dialogu i poszukiwania optymalnych rozwiązań? Partnerstwo duchowe kobiety i mężczyzny to jakość, którą dopiero mamy do wypracowania, choć obecnie wydaje się, że między płciami dominuje wrogość. To jednak sztuczny obraz wykreowany w internecie. Wystarczy pójść do parku, by zobaczyć, ile par przytula się na ławkach albo spaceruje pod rękę. A tam, gdzie są place zabaw, można zauważyć, jak ojcowie wspaniale opiekują się dziećmi na równi z matkami. Choć oboje bywają nerwowi, przemęczeni i zdarza im się sprzeczać, to i tak traktują się na ogół z większym szacunkiem i troską. Jest to zupełnie inny obraz niż ten lansowany w mediach społecznościowych, gdzie wciąż nakręca się „wojnę płci”.
Obserwuję te zmiany z przyjemnością i utwierdzają mnie one w przekonaniu, że na tym polega prawdziwy progres – ilość musi ustąpić jakości. Nowe pokolenia są wprawdzie coraz mniej liczne, ale mam wrażenie, że dzieci, mając obecnych i zaangażowanych rodziców, wyrosną na bardziej zintegrowanych dorosłych. Być może, wolne od naszych traum, będą podejmować decyzje o przyszłych związkach i rodzinach z zupełnie innego miejsca.
POKOLENIE STRACONE?
Moje pokolenie było w pewnym sensie stracone, bo przeszliśmy skok kwantowy w mentalności, na naszych oczach dokonały się rewolucje – pod kątem rozwoju osobistego i technologii. Przeszliśmy tornada emocjonalne, kryzysy wiary, zmagaliśmy się z brakiem miłości, despotycznymi i narcystycznymi nierzadko rodzicami, odziedziczyliśmy w wielu przypadkach fatalne wzorce relacyjne. Wygłodniali ruszaliśmy w świat, wierząc, że nas nakarmi i będzie nam domem, którego zabrakło w dzieciństwie, a okazał się siedliskiem tych samym „demonów”, od których próbowaliśmy uciec. Kiedy rozmawiam z osobami mojego wieku, większość już niczego nie szuka, bo jest złamana przez romantyczne wierzenia, którymi kierowała się w życiu, a które naraziły ich na urazy psychiczne i błędne wybory.
Potem trzeba się z tego uzdrawiać i w efekcie, po wielu latach rozwoju osobistego, już nie mamy sił na nic więcej. Być może taka jest kolej rzeczy. To, co zbudujemy w sobie teraz, zaistnieje dla przyszłych pokoleń w postaci rozwiniętych archetypów. Podstawa to relacja ze sobą – im więcej osób przebuduje swoje wzorce i zacznie dojrzewać psychicznie, tym większa szansa na zdrową wymianę międzyludzką w przyszłości. I to daje nadzieję, że z naszych pokoleniowych traum powoli uwalnia się światło.
Uważam, że wielu z nas nosi w Jaźni ukryty klucz i bramę do miłości. Duchowym fenomenem jest to, że spotykając kogoś, odkrywamy klucz do własnych, ukrytych zasobów archetypowych. I odwrotnie – możemy stać się bramą dla drugiej osoby, zagubionej w labiryncie. Nie będziemy nigdy całkowicie samowystarczalni, bo oznaczałoby to koniec odkrywania siebie w języku miłości. Miłość świadoma wymaga podmiotów, podczas gdy miłość narcystyczna – obiektów. Powoli dojrzewamy do tej wiedzy, przeżywając zbiorowy kryzys. Coraz wyraźniej dociera do nas, jak bardzo uprzedmiotawialiśmy siebie i innych, co ujawniało fundamentalny brak w sercu.
Wcześniejsze pokolenia były bardziej zajęte walką o życie i przetrwanie w wymagającej codzienności niż rozwijaniem siebie. Wypracowały jednak cenne wartości, które w naszych rękach mogą znaleźć kontynuację – w duchu nowych czasów. Wiąże się to jednocześnie z konsekwentnym burzeniem wzorców, które się nie sprawdziły. Prawda nie istnieje bez łamania iluzji, dlatego każdy progres okupiony jest również kryzysem, którego właśnie doświadczamy.
Farida Sorana
Jestem psycholożką, trenerką rozwoju osobistego i duchowości.
Pomogę Ci w następujących tematach:
- Integracja Cienia, praca z programami umysłu, podświadomość i jej energie, przebudzenie
- Osiąganie celów życiowych w zgodzie z duszą, uzdrawianie relacji ze sobą i z otoczeniem
- Wychodzenie z kryzysów, odnalezienie na nowo sensu – uwolnienie światła w ciemności
👉 Chcesz umówić się na sesję online?
Odkryj więcej z Ciemnanoc.pl
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.




Wspaniały tekst, bardzo go dzisiaj potrzebowałam ❤️
Dziękuję, cieszę się, jesli te przemyślenia i wnioski mogą się przydać 🙂
Ja również dziękuję! 🙂 Bardzo ciekawy tekst!
Dziękuję 🙂 cieszę się, że artykuł się spodobał <3
Piekny tekst, ale sama wiesz ze żeby było dobrze, to każdy z nas musi przejść przez piekło igielnego ucha, a nie chcemy tego i będziemy się bronic rekami i nogami, bo prawda przychodzi jako diabeł… ”Potem trzeba się z tego uzdrawiać i w efekcie, po wielu latach rozwoju osobistego, już nie mamy sił na nic więcej.” – trzymam za ciebie kciuki i nie poddawaj się kochana !!!!!! <3
Smutny artykuł, zwłaszcza biorąc pod uwagę młode pokolenie, tzw. pokolenie Z. Pokolenie najbardziej wyzwolone, a jednocześnie, mające najmniej bliskości – zarówno ilościowo, jak i jakościowo. Coś się wyraźnie spierdzieliło. Ja już powoli wkraczam w tzw. „wiek potramwajowy”, bo na dniach kończę 4 dychy. 😉 Także mnie to coraz mniej będzie dotyczyć. Ale współczuje młodym ludziom, szczególnie tym wychowanym przez matki chłopakom.
Powiem szczerze, jako psycholog (pracujący z młodymi i starszymi), że tej bliskości nigdy w pokoleniach nie było w nadmiarze, bo nawet nasi przodkowie byli straumatyzowai i te relacje opierąły się na przymusie, dominacji i uległości, a nie prawdziwej, głebokiej więzi uczuciowej. Ilość wojen, uzależnień. wychowanie mężczyzn jako twardych i tym samym agresywnych, kobiety, które to odreagowują także przez zimny chów potomstwa albo nadopiekuńczośc (która kastruje potomstwo i czyni je zaleznym, co tez jest formą przemocy)… temat rzeka. Tej bliskości dopiero mamy szanse sie uczyć, ale najpierw odblokowując swoje zamrożone emocje, budując relację pełną szacunku ze swoim ciałem (aspektem żeńskim w każdym człowieku) itd. Ja akurat wychowuje młodego człowieka, i widzę, że córka ma lepszy kontakt ze sobą niż ja w tym wieku 🙂 I umie dbać o siebie, stawiać granice i jednocześnie być empatyczną, więc jest to jakiś progres. W moim pokoleniu ojciec był nieobecny emocjonalnie, dlatego dużo czasu minie, zanim mężczyźni staną się zaangażowanymi rodzicami, ale też z takimi pracuję, i serce mi rośnie, jak widzę ojców kochających swoje dzieci i w pełni oddanych rodzicielstwu, dogadujących się z matkami, nawet po rozstaniu. Na razie to mniejszość ale to napawa nadzieją, zasiewa nowe standardy rodzicielstwa <3 Dziecko potrzebuje zdrowych wzorców od obojga rodziców.