Niepodległość to uznanie godności narodu i jego prawa do decydowania o sobie. To także godność osobista, uznanie prawa człowieka do samostanowienia, bez naruszania godności drugiego człowieka. Wolność i suwerenność zaczynają się oddolnie. Ale mamy z tym problem.
Usłyszeliśmy już o chłopięcych „szon patrolach” nękających dziewczynki za wygląd, a teraz osoby o skrajnych poglądach próbują ośmieszać wybory kobiet bezdzietnych. Niestety, te zjawiska przemocy symbolicznej będą narastać, proporcjonalnie do frustracji młodych ludzi, którzy w ideologiach szukają potwierdzenia swojej wartości. Ideologie mają to do siebie, że potrzebują wroga. Dzisiaj tym wrogiem jest kobieta, która po raz pierwszy w historii sama decyduje o swojej rozrodczości i stylu życia. Dzisiaj tym wrogiem jest także mężczyzna, który po raz pierwszy w historii próbuje odnaleźć swoją tożsamość poza rolą dominującego żywiciela i obrońcy.
Trudno pozostać obojętnym wobec języka uprzedzeń w mediach społecznościowych, podziału na prawicę i lewicę, wierzących i niewierzących, wreszcie kobiet i mężczyzn, którzy odnoszą się do siebie z pogardą. Nie dojrzeliśmy jeszcze do pełni wzajemnego szacunku, bo gdy brakuje nam wspólnego wroga, zaczynamy deptać sobie po piętach. Co prawda, w anonimowym internecie zasłaniamy się wolnością słowa i opinii, ale przecież mowa nienawiści i dyskryminacja nigdy nie były wolnością słowa, lecz aktem destrukcji. Gdy jawnie obrażamy innych i pragniemy im szkodzić, działamy przeciwko wspólnemu dobru. W głębszym wymiarze, nie dzielimy się na dzietnych i bezdzietnych, prawicowców i lewicowców, na kobiety i mężczyzn, bo jesteśmy przede wszystkim częścią większego ducha – ludzkiego.
Jezus, najważniejsza postać kultury Zachodu, był człowiekiem niezwykle postępowym jak na swoje czasy. Był nie tylko mistrzem duchowym, ale też buntownikiem, który łamał obowiązujące hierarchie i konwenanse społeczne swojej epoki. Kochał wszystkich ludzi, niezależnie od płci, wieku, statusu. Obdarzał ich szacunkiem, mimo że ówczesna wykładnia społeczna degradowała jednych i wywyższała drugich.
Rozpoznał zjawisko projekcji, gdy powiedział: „Widzisz drzazgę w oku bliźniego, a nie dostrzegasz belki we własnym”.
Projekcja polega na tym, że przypisujemy innym cechy, które w rzeczywistości są prawdą o nas samych, ale nigdy się do tego nie przyznajemy. Frustruje nas w drugim człowieku coś, nad czym nie potrafimy zapanować w sobie, lecz łatwiej jest wymagać tego od otoczenia niż od siebie samego. Kiedy odkrywamy, że płeć przeciwna wcale nie różni się tak bardzo od przedstawicieli naszej płci, szybko przechodzimy z idealizacji do demonizacji.
To efekt niezintegrowanej ciemnej strony Animy u mężczyzn i Animusa u kobiet, jakby powiedział C.G. Jung. Dziś, gdyby miał on dostęp do mediów społecznościowych, otrzymałby niezwykle szeroki materiał potwierdzający jego teorię projekcji archetypu na płeć przeciwną.
Być może każda z płci nie może znieść w drugiej tego, że w określonych warunkach postąpiłaby podobnie. Chcielibyśmy wierzyć, że żeńskość jest ogólnie dojrzalsza i cnotliwsza od męskości, a gdy okazuje się, że nie jest, symbolicznie „spalamy ją na stosie”, zamiast nauczyć się otwierać serce i przekraczać pierwotne popędy. Chcielibyśmy wierzyć, że męskość ochroni żeńskość przed złem i zapewni wygodne życie, bo przecież „taki jest jego obowiązek”, a gdy tak się nie dzieje, zaczynamy degradować mężczyzn, zamiast samodzielnie zadbać o poczucie bezpieczeństwa.
Lepsze decyzje życiowe podejmujemy z poziomu zaopiekowania się swoimi deficytami, a niekoniecznie z głodu i zależności. Czy mamy prawo wymagać od innych cech, których sami nie potrafimy przepracować? Duchowość radzi: zajmij się najpierw osobistym polem do pracy zanim zaczniesz „zbawiać innych”.
Niedojrzałość psychiczna występuje przecież po obu stronach, a nie tylko po jednej. Inteligencja i emocjonalność kobiet oraz mężczyzn są do siebie bliższe, niż wielu chciałoby przyznać, choć różnimy się sposobami ich wyrażania. Gdy w czasach większej swobody mężczyźni coraz częściej sięgają po formy wyrazu dotąd przypisywane kobietom, a kobiety po formy uważane za „męskie”, pojawia się dysonans u tych, którzy kurczowo trzymają się starych schematów.
Dla przykładu: jeśli denerwuje nas, że kobiety coraz powszechniej zwracają uwagę na fizyczność mężczyzn, zastanówmy się, czy sami w ogóle nie oceniamy cielesności kobiet? Przecież nieustannie zmagają się one z presją wyglądu. Jeśli zarzucamy kobietom rozwiązłość, dokonajmy uczciwej analizy i powiedzmy, czy mężczyźni świecą przykładem i są wolni od aktów zdrady? Jeśli drażni nas to, że mężczyzna jest pragmatyczny i nastawiony na działanie w materii, zamiast otwierać się na miękkie cechy, to czy możemy uczciwie przyznać, że sami jesteśmy wolni od oceniania go przez pryzmat jego statusu materialnego ? Wciąż w zbiorowej mentalności mężczyzna jest utożsamiany z rolą dostarczyciela dóbr.
Jeśli nie akceptujemy, albo wręcz wyśmiewamy emocje smutku czy bezsilności u mężczyzn, czy to oznacza, że sami jesteśmy od tych emocji wolni? Oczywiście, że nie. Jeśli na każdym kroku dogryzamy kobietom skrzywdzonym w małżeństwie, że „same sobie to wybrały”, „wiedziały gały, co brały” to dlaczego mężczyznom analogicznie zranionym w relacjach nie mówimy tego samego?
Są to podwójne standardy, którym wszyscy niestety ulegamy. Przykładów takiej niekonsekwencji jest o wiele więcej. Wybielanie jednej płci i demonizowanie drugiej nie ma uzasadnienia w faktach. Jeśli zaś uznamy, że obie są w pewien sposób pokrzywdzone, wymagają troski i zmiany utrwalonych stereotypów, przestaniemy marnować naszą wspólną energię.
Warto zwracać uwagę na dezinformację, przestarzałe stereotypy, niesprawiedliwość. Ale nie powinniśmy z jednej płci czynić ofiarę, a z drugiej kozła ofiarnego. Mamy bowiem wspólny problem, obecny od zarania dziejów: tendencję do uprzedmiotawiania bliźniego. Niezintegrowany archetyp Animusa u kobiet i Animy u mężczyzn sprawia, że zamiast wziąć odpowiedzialność za błędy i zyskać motywację do rozwoju osobistego, przerzucamy winę za doświadczone zło na jakąś grupę społeczną. To mechanizm obronny przed zaopiekowaniem się traumami. Łatwiej jest obarczyć płeć przeciwną winą w teorii spiskowej, niż uznać braki i zrozumieć, co doprowadziło nas do takiego, a nie innego miejsca.
Dla przykładu: coraz więcej osób zwraca uwagę na nierówności społeczne – i słusznie, że o tym rozmawiamy. Jednak pod niemal każdym artykułem o relacjach można zobaczyć wylew żalu wobec kobiet, między innymi o to, że mają prawo do wcześniejszej emerytury. Powiedzmy sobie szczerze: co daje złość na kobiety? Czy hejtowanie współczesnych kobiet za polityczne decyzje sprzed stulecia ma sens? Czy racjonalne jest życzyć im, by miały gorzej – tylko po to, by na ich tle się dowartościować – zamiast zadbać o to, by rzeczywistość mężczyzn naprawdę się poprawiła? Oczywiste jest, że wiek emerytalny powinien być wyrównany, ale w interesie mężczyzn leży, by kobiety poparły ich w tym temacie. Przez atakowanie płci nie zbudujemy wspólnego frontu zmian, a przecież wszyscy go potrzebujemy.
Innym przykładem irracjonalnej pretensji, z jaką zetknęłam się w jednej z dyskusji jest to, że kobiety żyją dłużej od mężczyzn. Żyją dłużej między innymi dlatego, że bardziej dbają o zdrowie, chodzą do lekarzy, leczą się na depresję. Zamiast wziąć z nich przykład i wykształcić w sobie umiejętność samoopieki, niektórzy wolą nakręcać się i czynić z kobiet wrogów. Tak jest łatwiej. Maskujemy swój lęk i pragnienie zwrócenia na siebie uwagi poprzez agresywne reakcje.
W drugą stronę jest podobnie. Projekcja pojawia się również u kobiet, które obarczają współczesnych mężczyzn winą za patriarchat oraz za to, że w wielu obszarach nie czują się bezpiecznie lub są dyskryminowane w pracy. Ale czy dzisiejsi mężczyźni naprawdę czują się bezpiecznie w kulturze dominacji, którą stworzyli ich przodkowie? Przecież oni także bywają ofiarami przemocy – choćby w rodzinie czy w szkole, ze strony starszych i złośliwych kolegów. Tak samo jak kobiety doświadczają przemocy psychicznej w związkach i w miejscu pracy, lecz rzadziej się do tego przyznają. W naszej kulturze ofiarą może być jedynie kobieta, co stanowi poważne zniekształcenie rzeczywistości.
Wszyscy jesteśmy w pewnym sensie poszkodowani przez błędne wzorce i zamiast zjednoczyć się, by wymusić na systemie realne zmiany, na przykład w prawie, łatwiej jest deprecjonować innych, wyrzekając się tym samym własnej sprawczości. Kobiety dopiero od około stu lat uczą się kolektywnego działania, ponieważ przez wieki ustrój myślał i decydował za nie, a wiele z nich – pod wpływem kultury – współuczestniczyło w uciszaniu postępowych przedstawicielek własnej płci. Podobny proces dojrzewania dotyczy mężczyzn, którzy również uczą się bardziej świadomego, braterskiego współdziałania. Z czasem dojrzejemy do działania wspólnego – po prostu jako ludzie.
Ale…
Część osób myśli w sposób antagonistyczny, charakterystyczny dla kultury siły – że ich wolność i dobro mogą powstać tylko kosztem innych. Wciąż w naszej mentalności działa zbiorowy program:
„Mogę mieć lepiej tylko wtedy, jak ty będziesz mieć gorzej”.
Uważam, że dojrzewamy bardzo powoli do partnerstwa kobiet i mężczyzn, ale najpierw musimy dostrzec, że wcale nie mamy sprzecznych interesów. Obie strony pragną wolności wyboru, która jest duchową wartością. Spełniony człowiek będzie wspierać spełnienie bliźniego niezależnie od płci. Dobro zwycięża, gdy jest progres wszystkich, a nie tylko jednej grupy społecznej.
Ego dziecięce w rozwoju duchowym stopniowo dojrzewa do świadomości zbiorowej, dlatego życzy drugiemu człowiekowi tego samego dobra, które samo kultywuje wobec siebie. Natomiast niedojrzałość przejawia się następującym schematem myślowym:
„Nie potrafię zadbać o swój dobrostan, więc skupię się na tym, żeby tobie było gorzej, bo nie mogę znieść, że jesteś szczęśliwy beze mnie. Pragnę mieć nad tobą kontrolę, więc wyśmieję twoje wybory, poniżę cię publicznie, zacznę cię nawracać. W ten sposób udowodnię sobie władzę, której tak naprawdę nie mam.”
Obserwacja pokazuje, że autentyczny i spełniony człowiek wychodzi z destrukcyjnego trybu rywalizacji. Dlatego zarówno kobietom, jak i mężczyznom opłaca się dbać o siebie, a zarazem o płeć przeciwną – wspierać się nawzajem w tych samych dążeniach. W świetle idei partnerstwa hipokryzją staje się sytuacja, gdy kobiety nagminnie krytykują mężczyzn o niższych zarobkach, podczas gdy same nie chcą rozwijać majątku. Hipokryzją jest, gdy mężczyźni nawołują kobiety do tworzenia życia rodzinnego i zajmowania się dziećmi, wyśmiewają ich wybory i samorealizację zawodową, podczas gdy sami poświęcają większość czasu pracy.
Łatwo jest mówić komuś, by robił rzeczy, na które sam nie mam ochoty, i nazwać to „męskie obowiązki” albo „żeńskie obowiązki”. Piramida potrzeb Maslowa nie dzieli przecież naturalnych dla rozwoju człowieka potrzeb na męskie czy żeńskie. Warto się nad tym pochylić i poszerzyć wiedzę o procesie indywiduacji, który polega na integracji wewnętrznych przeciwieństw – u kobiety aspektu męskiego (Animusa), a u mężczyzny aspektu żeńskiego (Animy).
W książce Mandala Cienia opowiadam o tym, jak energie męskie i żeńskie w naszych Jaźniach, przechodzą przez różne fazy destrukcji aż do momentu przebudzenia. To samo dzieje się w wymiarze zbiorowym. Obrzydzanie płci przeciwnej to przejaw kompleksu i zranienia. Wynika ono z bezsilności, przykrytej napompowanym ego. Człowiek, który szanuje siebie, potrafi również szanować drugiego człowieka, traktując go na równi, bez względu na płeć. Równość nie oznacza identyczności, tylko szacunek, empatię i zdolność jednoczenia się ponad podziałami.
Historia pokazuje jasno: to, co dziś uważamy za „upadek”, istniało od dawna, często w znacznie brutalniejszej formie. Brak wiedzy o korzeniach tych zjawisk sprawia, że nasz filtr postrzegania rzeczywistości jest zniekształcony.
Innym przykładem dezinformacji jest kwestia spadku dzietności, za który krytykuje się młodsze pokolenia, zwłaszcza te „egoistyczne kobiety”. Tymczasem to naturalna konsekwencja dobrobytu, do którego dążyła ludzkość, oraz zmiany warunków życia. Wskazuje na to między innymi słynny eksperyment z myszami, w którym – przy pełnym zaspokojeniu potrzeb i braku realnych zagrożeń – populacja stopniowo traciła zdolność do reprodukcji. Tam, gdzie wychodzimy z trybu przetrwania, zanika potrzeba rozmnażania się na potęgę, a wyzwaniem staje się troska o jakość życia, które dziś trwa znacznie dłużej. Kobiety i mężczyźni są częścią tego procesu, dlatego – inaczej niż ich przodkowie – coraz częściej świadomie decydują się na brak potomstwa. To nie musi być przejaw egoizmu, lecz myślenia szerszego niż biologiczne popędy. Osoba, która ma choć odrobinę refleksji nad tym, czy podoła rodzicielstwu, albo czy jej traumy i uzależnienia nie zostaną przekazane w procesie wychowywania, wykazuje się większą odpowiedzialnością niż ktoś, kto rozmnaża się pod wpływem presji społecznej (a tak przecież wyglądała nasza poprzednia epoka, która w tej kwestii nie dawała ludziom żadnego wyboru).
Czekają nas czasy, w których istotna będzie nie ilość, lecz jakość. Skoro nie potrafimy zadbać o tak podstawowe kwestie, jak sprawiedliwy system emerytalny czy stabilność finansów państwa, to rozwiązaniem jest większy udział obywateli w zarządzaniu zasobami kraju.
Szkoda, że niektórzy nie uznają faktów, tylko fantazjują o „złej płci” , która rzekomo jest winna upadkowi ludzkości, zapominając, że największe kryzysy człowieczeństwa miały miejsce podczas wojen inspirowanych przez interesy władzy i elit. Wojny, tortury i inne straszne rzeczy istnieją w naszej pamięci zbiorowej i wciąż próbujemy sobie z tym poradzić. Całe społeczności były eksterminowane w zbrodniach przeciwko ludzkości. System promował na szczyty tych, którzy byli najbardziej bezwzględni, a reszta się podporządkowywała. Jesteśmy wszyscy potomkami brutalnych czasów, w jakich grupy uprzywilejowane eksploatowały inne. Nie ma co romantyzować historii. Większość ludzi żyła niestety w trybie przetrwania, jeśli porównamy do współczesnych standardów.
Naszym przodkom zawdzięczamy niepodległość i chwała im za to. Tylko zamiast iść do przodu, znowu pozwalamy, by człowiek stawał przeciwko człowiekowi. Mężczyzna przeciwko kobiecie i odwrotnie. Warto zatrzymać się w tej mowie nienawiści, zapoznać się z pojęciami takimi jak projekcja, generalizacja i błąd poznawczy. Zdarza nam się moralizować jedną płeć, uznając ją za winną zachowań drugiej, bo na najbardziej podstawowym poziomie nadal dzielimy ludzi według ról poprzedniej epoki. Nie po to jednak nasi przodkowie umierali, walcząc o wolność ramię w ramię (przypomnijmy, że Polki również angażowały się w walkę o wolność, także ryzykując życie w powstaniach i konspiracji), żebyśmy dziś uczestniczyli w sztucznej wojnie damsko-męskiej.
Duchowość uczy, że prawdziwa wolność dąży do wolności bliźniego, a nie próbuje ją zabrać. Jeśli jesteśmy w środku zniewoleni, to nieświadomie dążymy do niewolenia innych.
Na wirtualnych wojnach korzystają elity, system i globalne korporacje, które odwracają naszą uwagę od nadużyć i grabieży dziejących się w świecie realnym. Jesteśmy usypiani sztucznymi podziałami w internecie, a nie widzimy, co dzieje się w dalszej perspektywie. Gdyby kobiety i mężczyźni przekroczyli swoje projekcje i uprzedzenia płciowe, staliby się nosicielami mocy nie do zatrzymania. Ograniczeniem są uprzedzenia w naszych umysłach, które wciąż karmimy, bo tak jesteśmy wychowywani.
Zastanówmy się, jak bardzo nieopłacalny jest dla systemu świadomy mężczyzna i świadoma kobieta, którzy mówią wspólnym językiem współpracy i odpowiedzialności? Ile jeszcze czasu upłynie, zanim zrozumiemy, że jeśli jedna płeć walczy z drugą, to jest to zawsze wspólna przegrana i zaprzeczenie wolności, której przecież każdy z nas, w głębi duszy pragnie?
A Ty, co o tym myślisz?
Farida Sorana
Jestem psycholożką, trenerką rozwoju osobistego i duchowości.
Pomogę Ci w następujących tematach:
- Integracja Cienia, praca z programami umysłu, podświadomość i jej energie, przebudzenie
- Osiąganie celów życiowych w zgodzie z duszą, uzdrawianie relacji ze sobą i z otoczeniem
- Wychodzenie z kryzysów, odnalezienie na nowo sensu – uwolnienie światła w ciemności
👉 Chcesz umówić się na sesję online?
Odkryj więcej z Ciemnanoc.pl
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Categories: relacje i związki, rozwój osobisty, Rozwój Świadomości




A skomentuję.
Każda władza, która chce utrzymać porządek w swoim „systemie operacyjnym” musi kontrolować każdy element tego systemu.
Podstawowym elementem systemu społecznego nie jest jednostka (bez znaczenia czy męska czy żeńska), lecz grupa społeczna.
Przynależność do grupy społecznej jest podstawową potrzebą jednostki
My sami, każdy czy każda z nas – jednostka, istota funkcjonująca niezależnie, jednostka wolna, dokonująca samodzielnych wyborów – podświadomie pragnie należeć do konkretnej grupy społecznej, bo w grupie łatwiej jest przetrwać.
A rywalizacja pomiędzy grupami społecznymi ułatwia zarządcom systemu kontrolę albo stwarza pozory kontroli nad tym systemem.
Dla systemu nazwanym przez historię PRL największym niebezpieczeństwem były jednostki z marginesu słuchające jakiejś chorej, niemelodyjnej muzyki, produkowanej w garażach na prymitywnych instrumentach muzycznych.
Ta grupa społeczna była tak niebezpieczna dla władzy, że trzeba ją było podzielić na trzy podstawowe grupy i wprowadzić między nimi rywalizację.
To jest akurat łatwe – moja muzyka jest lepsza niż twoja.
Poza tym tradycyjny podział na swoich i obcych też jest władzy na rękę.
Uświadamia nas o tym Dezerter w utworze „Budujesz faszyzm przez nietolerancję”.
Władza się rozpadła i zbudowała od nowa. Jest jeszcze głupsza niż komuna ale trzyma się starych schematów, bo jest za słaba żeby wprowadzać prawdziwe zmiany.
I dlatego jeszcze trwa.
Dezerter gra nadal i nadal pokazuje w swoich tekstach wady i pułapki systemu, ale czy ich wysiłki przyniosły jakiś efekt ? Czy miały wpływ na zmianę myślenia pojedynczych jednostek ? Kto w ogóle słuchał wtedy Dezertera, do ilu jednostek dotarł ich przekaz ?
Gdzie oni są ? – ci wszyscy moi przyjaciele ?
Czy zmienili się z buntowników rzucających kamieniami w ZOMO w potulnych urzędników wykonujących systemowe zadania umacniające zniewolenie społeczeństwa ?
Czy może tylko przyczaili się gdzieś w cieniu i czekają na właściwy czas i właściwego lidera, za którym warto iść i pomóc mu zbudować jego wizję świata ?
No bo co właściwie nam da koniec wojny damsko-męskiej czy inteligencko-robotniczej czy miejsko-wiejskiej czy słoikowo-lokalsowej czy teoretyczno-praktycznej czy jakiejkolwiek domowej wojny ideologicznej ?
Koniec wojny daje siłę do budowania i do kreowania swojej wizji.
Ale ta wizja musi być wyraźna, cel parcia do przodu musi być jasno określony a lider musi być silny i charyzmatyczny.
Mamy takiego lidera ?
zgadzam się, historia nie raz pokazała, że musimy dojść na skraj, dokonać jakiejś zbrodni na grupie społecznej, którą widzimy przez pryzmat wrogości (kozioł ofiarny), żeby się ocknąć i wprowadzić sankcje i zmiany w prawie, mające charakter prewencyjny. W niektórych krajach skutki nienawiści na tle płci już są analizowane, i zmiany prawne następują. Myślę jednak, że w wojnie damsko-męskiej silny lider nic nie da, bo problem jest w braku odpowiedzialności za swoje projekcje i urojenia, a to jest efekt niewiedzy i braku edukacji psychologicznej. To jest inna wojna niż te wszystkie dotychczas, wiec nie rozwiążemy jej w sposób standardowy, czyli charyzmatyczny dowódca, obalenie władzy i pacyfikowanie wrogów, a potem nowy porządek. Tutaj trzeba sobie uzmysłowić, że NIGDY ZADNEGO WROGA JAKO PLCI NIE BYŁO. Ta wojna jest w pewnym sensie czymś wymyślonym, tematem zastępczym dla terapii i procesu dojrzewania emocjonalnego, bo część mężczyzn i kobiet nie radzi sobie z cierpieniem psychicznym i samotnością, więc projektuje swój ból i nienawiść na płeć przeciwną. Tak jest łatwiej, bo drugi człowiek z krwi i kości jest mniej anonimowy niż niewidzialny system i jego rządzące elity. Moim zdaniem potrzeba więcej terapeutów specjalizujących się w temacie i jakaś większa dostępność terapii i narzędzi rozwojowych. Wojna damsko męska jest nie tylko efektem ale odbiciem niedojrzałości i traumy – toczy się ona w głowach osób straumatyzowanych, które fałszywie uwierzyły w to, że winna całego zła na świecie jest płeć przeciwna. Znajdując wroga, mają poczucie kontroli nad bólem. Nierówności oczywiście istnieją w systemie, ale nie płeć przeciwna jest winna, tylko system, który je karmi i przyzwala na przemoc po obu stronach. Trzeba by zacząć obalać mity i wysłać ludzi na terapię, wyedukować ich co jest urojeniem, a co faktem, a potem pomóc im się zjednoczyć (obie płcie) przeciwko systemowi, by faktycznie rozwiązać problem zaistniałych nierówności. I tu rzeczywiście – dopiero na ostatnim etapie silni liderzy, potrafiący współpracować – bardzo by się przydali.