Swoją duszę czułam od dziecka. Dla mnie doświadczanie fenomenów duchowych, takich jak wizje, natchnienia, olśnienia, dotyk niewidzialnego czy energie, było dość naturalne. Nigdy nie miałam wątpliwości, że sfera duchowa istnieje, tylko w innej rzeczywistości, która przenika materię. To jakby wyższy poziom emanacji, strefa idei i przyczynowości, Źródła.
O tej perspektywie piszę od lat, ale jednocześnie zwracam uwagę na pułapki związane z odcięciem się od materii i życzeniowym myśleniem, które w wielu przypadkach zwodzi na manowce. Bo zarówno tłumaczenie materii duchem, jak i tłumaczenie ducha materią, jest uproszczeniem. Bliższe jest mi myślenie, które dopuszcza wielopoziomowość i nie redukuje całej rzeczywistości do jednego porządku opisu. Dlatego propaguję duchowość uziemioną (racjonalną), czyli syntezę wiedzy psychologicznej z metodami wglądu intuicyjnego, a także kontaktu z archetypami, które same w sobie prowadzą do transcendencji.
Oczywiście, zdarza się, że ktoś zadaje mi pytanie: dlaczego wierzę w ducha albo duszę? Przecież to nie istnieje, bo nie zostało udowodnione.
Odpowiadam wtedy, że w duchowość się nie wierzy, tylko ją urzeczywistnia w świecie. Duchowość jest wyborem życia w zgodzie z wewnętrzną prawdą, do której dochodzi się podczas boleści „ciemnej nocy”, gdy podważone zostają iluzoryczne maski i role w świecie. I nie jest prawdą, że nieistnienie duszy zostało kiedykolwiek udowodnione 😊
Postaram się pokazać w niniejszym artykule, z czego wypływa problem duszy. Jak podchodzili do niej myśliciele i psycholodzy, a jak podchodzi do niej twarda nauka. Jak manifestuje się dusza w człowieku?
Czym jest redukcjonizm i dlaczego boli
Zacznę od tego, że istnieje pewien rodzaj myślenia, który stał się we współczesnym świecie niemal obowiązującym standardem. Mówi: jesteś tym, co można zmierzyć. Jesteś swoimi genami, hormonami, neuronami, odruchami warunkowymi. Jesteś produktem ewolucji i środowiska. Reszta to iluzja, poezja, wiara, pobożne życzenie, imaginacja. To jest właśnie redukcjonizm. I choć wyrósł z prawdziwej potrzeby, z chęci rozumienia świata w sposób rzetelny i weryfikowalny, stał się dla wielu ludzi czymś więcej niż metodą naukową. Stał się światopoglądem, który wyklucza pierwiastek duchowy i z tego powodu ma też poważne konsekwencje.
Redukcjonizm jako metoda naukowa jest użyteczny. Pozwala rozkładać zjawiska na czynniki pierwsze, badać mechanizmy, odkrywać prawa rządzące materią. Problem pojawia się, gdy metoda staje się jedynym dopuszczalnym opisem rzeczywistości. Gdy zaczynamy wierzyć, że to, czego nie da się zmierzyć, po prostu nie istnieje.
Człowiek zredukowany do biologii traci coś fundamentalnego: poczucie, że jest kimś więcej niż sumą swoich części. Że jego życie ma znaczenie wykraczające poza przetrwanie i reprodukcję. Że jego wybory są naprawdę jego wyborami, a nie tylko wypadkową genów i bodźców.
To nie jest abstrakcyjny problem filozoficzny. To problem egzystencjalny, który manifestuje się w gabinetach terapeutycznych, w kryzysach sensu, w poczuciu wewnętrznej pustki, którą nic nie potrafi wypełnić: ani sukces, ani przyjemność, ani kolejna tożsamość skonstruowana na użytek mediów społecznościowych.
Dwa języki, jedna rzeczywistość
Warto tu zatrzymać się przy często powtarzanym nieporozumieniu. Nauka i duchowość nie są wrogami. Wszak fizyk bada strukturę atomu, a mistyk opisuje doświadczenie ciszy, w której zanika granica między „ja” a światem. Neurolog mierzy aktywność mózgu podczas medytacji. Żaden z nich nie kłamie. Każdy widzi inny fragment całości.
Gdy jeden z tych języków rości sobie prawo do bycia jedynym prawdziwym, pojawia się dysonans. Redukcjonista mówi: „to wyłącznie neurochemia” i tym samym przekreśla doświadczenie, które dla człowieka było najgłębszym momentem jego życia. Albo gdy duchowy guru mówi: „nauka to tylko ludzki wymysł” i odrzuca wiedzę, która realnie zmniejsza cierpienie i jest skuteczna.
Ken Wilber, filozof i twórca teorii integralnej, krytykował takie podejście jako formę redukcjonizmu, czyli sprowadzania wyższego poziomu opisu rzeczywistości do niższego.
Oznacza to, że muzyka to nie tylko drgania powietrza. Miłość to nie tylko oksytocyna. Modlitwa to nie tylko aktywacja kory przedczołowej. Te opisy są prawdziwe, ale nie są pełne. I właśnie ta niepełność, gdy zostaje zapomniana, wyrządza człowiekowi krzywdę.
Nauka nie twierdzi, że duszy nie ma
Tu warto być precyzyjnym, bo często zakłada się, że perspektywa nauk ścisłych wyklucza perspektywę nauk humanistycznych. To błąd. Nauka nie udowodniła nieistnienia duszy, gdyż bada przede wszystkim zjawiska empirycznie uchwytne. Narodowe Akademie Nauk w USA ujmują to podobnie: nauka nie zajmuje się bytami nadnaturalnymi, ponieważ nie należą one do zakresu jej metod.
Fizycy badają materię i energię. Neurolodzy badają mózg. Psycholodzy badają zachowanie i procesy psychiczne. Ale żadna z tych dyscyplin nie jest w stanie w całości odpowiedzieć na pytanie: co to znaczy być mną? Co sprawia, że moje życie ma sens? Skąd pochodzi poczucie powołania, piękna, świętości?
Te pytania od zawsze należały do religii, filozofii, antropologii i mistyki. Nie dlatego, że są mniej ważne, lecz dlatego, że dotykają wymiaru, który wymyka się laboratoryjnej weryfikacji. Nauka może opisywać wpływ doświadczeń duchowych na zachowanie, na twórczość, na relacje, na zdrowie psychiczne. Ale samej duszy, rozumianej metafizycznie, uchwycić nie może.
To pokazuje metodologiczne ograniczenie nauki.
Jung i dusza: spotkanie psychologii z głębią
Carl Gustav Jung był jednym z niewielu psychologów, którzy odważyli się traktować duszę poważnie, nie jako religijny dogmat, lecz jako żywą rzeczywistość psychiczną. Pisał:
„Kto patrzy na zewnątrz, śni. Kto patrzy do wewnątrz, budzi się.”
Dla Junga psyche, czyli dusza w greckim źródłosłowie tego pojęcia, była czymś znacznie rozleglejszym niż świadome ego. Obejmowała nieświadomość osobistą, nieświadomość zbiorową, archetypy, Cień, Animę i Animusa. Była przestrzenią, w której spotykają się to, co osobiste, z tym, co uniwersalne i ponadczasowe.
Jung pisał też wprost: „Religia jest staranną i sumienną obserwacją tego, co Rudolf Otto trafnie nazwał numinosum.” Dusza, w jego rozumieniu, jest tym miejscem w człowieku, które potrafi doświadczyć tego, co święte, transcendentne, przekraczające codzienność.
Inny wielki psycholog, Abraham Maslow, opisał doświadczenia szczytowe, momenty głębokiego poczucia sensu, jedności i piękna, które wykraczają poza zaspokojenie potrzeb biologicznych. Twierdził, że są one fundamentalną częścią ludzkiej natury, a ich brak prowadzi do tego, co nazywał „metapatologiami”: duchowym wyjałowieniem, cynizmem, utratą sensu.
Rollo May, egzystencjalny psycholog i terapeuta, pisał z kolei: „Przeciwieństwem odwagi w naszym społeczeństwie nie jest tchórzostwo, jest konformizm.” Odcięcie od duszy prowadzi właśnie do konformizmu, do życia według cudzych scenariuszy i oczekiwań, cudzych definicji sukcesu.
Często przywołuje się też zdanie: „Nie jesteśmy ludzkimi istotami przeżywającymi duchowe doświadczenie. Jesteśmy duchowymi istotami przeżywającymi ludzkie doświadczenie.” (cytat bywa przypisywany Teilhardowi de Chardinowi, jezuicie i paleontologowi, ale jego autorstwo nie jest pewne).
Cierpienie jako komunikat od duszy
Jest jeden wątek, który w rozmowach o duszy bywa pomijany, a jest być może najważniejszy z perspektywy psychologicznej. Dusza nie przemawia tylko przez piękno, ekstazę i chwile olśnienia. Przemawia też przez ból.
James Hillman, jeden z najważniejszych kontynuatorów myśli Junga pisał, że życie duszy objawia się właśnie przez to, co nas dręczy, nawiedza, nie daje spokoju. Przez symptom, sen, obsesję, melancholię. Jego słynna książka „Re-Visioning Psychology” zawiera myśl, która dla wielu brzmi prowokacyjnie: depresja i wewnętrzny niepokój nie zawsze są objawami, które należy jak najszybciej usunąć. Mogą być także wezwaniami do pogłębienia, do zejścia niżej, do spotkania z tym, czego unikamy.
Osobiście zgadzam się z takim podejściem, bo zjawisko „ciemnej nocy”, którym zajmuję się od lat, bywa okresem kryzysu tożsamości i depresji. Z czasem może zaprowadzić do odkrycia swojej prawdy i przebudzenia. Przekonałam się, że depresji nie można sprowadzić wyłącznie do kwestii serotoniny, bo jest ona zjawiskiem wieloczynnikowym. W moim przypadku było to wołanie duszy o kontakt i wezwanie do życia w prawdzie, bez fałszywych porządków i relacji, które niszczą.
Oczywiście, nie oznacza to, że cierpienie psychiczne jest dobre i nie należy go leczyć. Znaczy coś innego: że gdy redukujemy je wyłącznie do zaburzenia neurochemicznego i szukamy jedynie farmakologicznego lub behawioralnego rozwiązania, możemy przegapić przekaz, który niesie. Możemy wyciszyć głos, który próbował nam powiedzieć coś ważnego o tym, jak żyjemy i kim jesteśmy. W jakich destrukcyjnych układach tkwimy.
Współczesna kultura ma ogromną trudność z siedzeniem w bólu. Chcemy go natychmiast naprawić, zoptymalizować, przetransformować w „lekcję” i iść dalej. Tymczasem dusza wymaga czasu. Wymaga zatrzymania i zgody na to, że nie wszystko da się rozwiązać, a niektóre rzeczy można jedynie przeżyć w pełni i przez to stać się kimś głębszym.
Persona zamiast duszy: życie w masce
Jung wprowadził pojęcie persony, maski, którą nosimy, by sprostać oczekiwaniom otoczenia. Persona sama w sobie nie jest zła – potrzebujemy jej, by funkcjonować w świecie i odnajdywać się w rolach zawodowych oraz społecznych. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek utożsamia się z maską tak bardzo, że zapomina, co jest pod nią.
I właśnie to jest jednym z głównych skutków odcięcia od duszy. Gdy nie mamy kontaktu z własnym rdzeniem, z tym, co autentyczne, zaczynamy żyć wyłącznie na powierzchni. Budujemy coraz doskonalsze persony: profesjonalisty, influencera, dobrego rodzica, człowieka sukcesu. Każda z tych ról może być prawdziwa, ale żadna z nich nie jest całą prawdą o nas.
Bez pojęcia duszy nie ma świadomego rozwoju. Jest jedynie optymalizacja. Ulepszamy nawyki, zarządzamy emocjami, budujemy markę osobistą, ale nie zadajemy pytania, które jako jedyne prowadzi w głąb: kim naprawdę jestem i po co tu jestem?
Jak wygląda życie z duszą
Chciałabym na chwilę zejść z poziomu teorii i zapytać o coś bardzo konkretnego. Jak wygląda dzień człowieka, który żyje w kontakcie z duszą? Czy jest to ktoś, kto medytuje przez trzy godziny i udaje oświeconego przy śniadaniu, odpowiadając zawsze głęboko i duchowo?
Niekoniecznie. Częściej jest to ktoś, kto potrafi usiąść z poranną kawą i poczuć, że to wystarczy. Kto czuje swoje ciało i słyszy wewnętrzny głos. Kto na chwilę przestaje myśleć o liście zadań, by celebrować swoje jestestwo. Kto w środku trudnej rozmowy zatrzymuje się i mówi: „Poczekaj, nie chcę z tobą walczyć. Chcę naprawdę zrozumieć, co czujesz.” Kto nie ucieka od smutku, gdy ten przychodzi, lecz siada obok niego i pyta: skąd przyszedłeś? Dusza i Cień nie są sobie wrogie. Wręcz przeciwnie – Cień prowadzi człowieka do światła.
To jest życie z duszą. Nie bez problemów, nie bez masek, bo maski są potrzebne. Ale z czymś pod spodem, co jest mocniejsze niż rola, trwalsze niż nastrój, odporniejsze niż oceny otoczenia.
Człowiek żyjący w personie, bez kontaktu z wnętrzem, ma natomiast charakterystyczny rys: jest nieustannie zajęty. Zajętość staje się jego tożsamością. Bo cisza jest niebezpieczna, bo w ciszy pojawia się pytanie, na które nie ma gotowej odpowiedzi. I to pytanie boli.
Droga powrotna
Odzyskanie kontaktu z duszą nie wymaga żadnej religii ani porzucenia racjonalnego myślenia. Wymaga czegoś innego: odwagi, by zadawać pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Gotowości, by siedzieć w ciszy dłużej niż jest wygodnie. Zgody na to, że niektóre wymiary naszego życia są tajemnicą, a tajemnica nie jest brakiem wiedzy, lecz zaproszeniem do głębi.
Dusza objawia się w tym, co robimy bezinteresownie i szczerze. W twórczości, która nas przekracza. W miłości, która nie kalkuluje. W dzieleniu się z innymi ludźmi wartościami, które nie zawsze są opłacalne, ale są słuszne i szlachetne. I to wystarczy, by iskra dobra niosła się dalej. Dusza ożywa w chwilach, gdy dotykamy czegoś, czego nie potrafimy nazwać, ale co jest bardziej realne niż cokolwiek, co da się zmierzyć.
Redukcjonizm odbiera nam te chwile, albo każe nam je traktować jako „tylko” neurochemię. A człowiek, któremu odebrano duszę, zostaje z ciałem, rolami i pustką. I żadna maska tego nie zakryje. W wielu ścieżkach duchowych mówi się o przebudzeniu do Jaźni, do miłości duszy, do doświadczenia wewnętrznego sacrum. O zaślubinach umysłu i serca, ducha i ciała, Boga i człowieka, obojętnie jak to nazwiemy. Jest to doświadczenie świadomości większej niż ego.
Więc dlaczego człowiek współczesny tak uparcie neguje istnienie swojej duchowości? Być może boi się, że gdy uzna istnienie czegoś większego od siebie, rozpadnie się kłamstwo i porządek, który podtrzymywał całe życie. Utraci dominację i władzę, od której jest uzależniony, i nic już nie będzie takie samo.
A Ty, co sądzisz na ten temat? Czy czujesz swoją duszę?
Farida Sorana
Jestem psycholożką, terapeutką, autorką książki Mandala Cienia. Pomagam przejść przez kryzysy i ciemne noce, odkrywać siebie i swoją drogę. Od 15 lat towarzyszę klientom w procesach przebudzenia i transformacji życia.
Potrzebujesz wsparcia i chcesz umówić się na sesję online?
Odkryj więcej z Ciemnanoc.pl
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.




też