duchowość i rozwój osobisty

Cień, Anima i Animus. To, czego boi się kultura uprzedmiotowienia

Kultura nie boi się złych ludzi. Kultura najbardziej boi się ludzi zintegrowanych. Kobiety, które nie dają się wtłoczyć w rolę. Mężczyzn, którzy nie chcą już być maszynami do zarabiania, walki i tłumienia emocji. Bo człowiek, który odzyskuje kontakt z Jaźnią, przestaje być wygodny dla systemu.

Integracja Cienia, a następnie Animy u mężczyzn oraz Animusa u kobiet, nieodłącznie krąży wokół pojęcia godności człowieka i jego prawa do bycia przyjętym takim, jakim jest, nawet wtedy, gdy to przyjęcie łamie stereotypowe wyobrażenia o tym, jaki powinien być „prawdziwy mężczyzna” czy „prawdziwa kobieta”.

Teorie psychologii głębi głęboko zbiegają się z tym, na co otwiera nas ścieżka duchowości. Człowiek dojrzewa przez akceptację różnorodności zawartej w nim samym, a więc jasnych i ciemnych cech, postaci wewnętrznych, energii, myśli twórczych i destrukcyjnych, a następnie różnorodności dostrzeganej na zewnątrz – w osobach własnej płci.

To jest właśnie pierwszy obszar pracy z Cieniem. Dopiero później pojawia się gotowość do poznawania aspektów płci przeciwnej, czyli Animy lub Animusa, co stanowi niezbędny etap dochodzenia do większej Całości, którą Jung nazywał Jaźnią.

Dlatego zanim mężczyzna stanie się zdolny do miłosnego spotkania z kobietą i zanim otworzy się na wymiar żeńskości, który go pogłębia, a nie osłabia, musi przejść przez coś trudniejszego i bliższego własnej skórze. Mianowicie nauczyć się akceptować spektrum męskości. Nie jedną idealną i wygodną jej wersję (np. twardziela, alfa, zdobywcę, dominanta itp.), lecz wszystkie odcienie, które budzą w nim niepokój, zdumienie albo odruch odrzucenia.

W pracy z Cieniem mężczyzna odkrywa cechy, których wcześniej się wstydził: miękkość, wycofanie, brak potrzeby dominowania, potrzebę troski zamiast ciągłej rywalizacji i kontroli. Odkrywa je rzecz jasna nie tylko w sobie, lecz także w innych mężczyznach. Z kolei mężczyzna, którego w toku wychowania pozbawiono ognia (ponieważ nie miał zdrowych wzorców męskości), podczas integracji Cienia odkrywa właśnie te wyparte potencjały: siłę do sięgania wyżej, by zadbać o swoje talenty i możliwości. Widać zatem, że proces integracji wydobywa drugi biegun osobowości, ale też otwiera człowieka na inność.

To właśnie stanowi egzamin Cienia. Czy mężczyzna w typie Wojownika potrafi zaakceptować mężczyznę, który nie chce walczyć, który wybiera opiekę zamiast podboju, ciszę zamiast hierarchii? Czy rozumie, że wojownik i mędrzec, lider i asceta, ojciec i twórca nie są stopniami jednej drabiny, lecz równoprawnymi wyrazami tej samej ludzkiej natury?

To zrozumienie nie jest wyłącznie intelektualne. Jest wewnętrznym przyzwoleniem, które otwiera w człowieku świadomość serca. To poziom, do którego sama wola nie ma bezpośredniego dostępu.

Odkrywanie swojego miejsca w zbiorowości

Mężczyzna, który przestał oceniać mężczyzn za to, że są inni od niego, zaczyna rozumieć, że różnorodność nie jest słabością wspólnoty, lecz warunkiem jej żywotności. Społeczeństwo potrzebuje wszystkich tych typów, bo tylko wtedy może powierzać zadania ludziom zgodnie z ich autentyczną naturą i powołaniem, a nie według narzuconego szablonu.

Dopiero z poziomu akceptacji męskiej tożsamości mężczyzna może pójść dalej, w stronę Animy. Nie jest ona zaprzeczeniem męskości, lecz jej potrzebnym poszerzeniem.

To właśnie Anima otwiera go na świat duszy, uczuć, relacji i wewnętrznego rozeznania. Pomaga rozpoznać, kiedy siła staje się przemocą, kiedy działanie traci kontakt z sumieniem, a kiedy męskość naprawdę służy ochronie, odpowiedzialności i życiu.

Według C.G. Junga Anima prowadzi mężczyznę ku duszy, a więc również ku głębszemu rozumieniu wartości, dobra i zła, które nie wynikają wyłącznie z norm, lecz także ze zdolności do empatii i wczucia się w drugą, żywą istotę.

Wewnętrzna Mistrzyni zaprasza mężczyznę do świata, który dotąd wydawał mu się obcy albo zagrażający: do emocji, relacyjności, wrażliwości na piękno, intuicji i receptywności. Do współpracy w miejsce chłopięcej dominacji. W wielu tradycjach duchowych to właśnie aspekt żeński łączy się z intuicją, czuciem, receptywnością i zdolnością odczytywania subtelniejszych przestrzeni istnienia.

Droga kobiety przebiega analogicznie, choć przez inny archetyp. Kobieta, która przeszła przez pracę z własnym Cieniem, która przestała zawstydzać w sobie i w innych kobietach sprawczość, ambicję, niezależność i zdolność do twardego stawiania granic, otwiera się na kontakt z Animusem.

Animus nie jest przeciwwagą kobiecości, lecz jej dopełnieniem. Jest wewnętrznym wymiarem męskości, który przynosi zdolność do działania z centrum siebie, do myślenia strukturalnego, do odwagi w obronie własnej prawdy, do wyraźnego określania granic i dążeń. Animus uczy kobietę, by zaczęła bardziej szanować swoje życie i przestała się poświęcać w destrukcyjnych relacjach, które ją niszczą.

Kobieta, która zintegrowała Animusa, nie staje się mniej kobieca. Staje się bardziej sprawcza i lepiej osadzona w sobie i w świecie. Tak samo jak mężczyzna zintegrowany z Animą nie traci nic ze swojej natury, lecz zyskuje dostęp do głębi, która była w nim od zawsze, tylko czekała, aż przestanie się jej bać.

Proces indywiduacji a kultura uprzedmiotowienia

To, co Jung opisał językiem psychologii głębi, ma swoje bardzo konkretne konsekwencje społeczne. Proces integracji Cienia i spotkania z Animą czy Animusem nie odbywa się w próżni. Odbywa się w kulturze, która przez wieki decydowała, które części człowieka są dopuszczalne, a które należy ukryć, wyprzeć albo zawstydzić. Tam, gdzie kultura odbiera człowiekowi prawo do własnej pełni, rodzi się uprzedmiotowienie.

O uprzedmiotowieniu najczęściej mówimy w odniesieniu do kobiet. Choć niektórzy negują krzywdy, jakich doświadczały i wciąż doświadczają, faktem jest, że historia ich poniżania jest długa, dobrze udokumentowana i nadal obecna w niektórych wymiarach codzienności. Wybija to szczególnie w przestrzeni politycznej i wirtualnej, gdzie wylewa się fala nienawiści wobec kobiet, które nie chcą poddać się społecznej kontroli.

Coraz wyraźniej dostrzegamy jednak, że pojęcie to bywa stosowane wybiórczo, jakby uprzedmiotowienie dotyczyło tylko jednej płci. To błąd, który ma swoją cenę, zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, a przede wszystkim dla samej idei dobra, która powinna określać nasze ludzkie wybory i dążenia.

Uprzedmiotowienie nie polega wyłącznie na zredukowaniu kogoś do ciała. Polega na czymś znacznie bardziej perfidnym: na odebraniu człowiekowi prawa do samostanowienia, do własnej woli i własnej drogi, na zmuszeniu go do odgrywania roli, którą mu przypisaliśmy. Bez pytania, czy tego chce, i bez gotowości na to, że może chcieć czegoś innego.

Uprzedmiotowienie zaczyna się w momencie, w którym przestajemy widzieć w kimś podmiot, a zaczynamy widzieć funkcję, narzędzie albo ilustrację naszych przekonań i potrzeb.

Widać to na przykład w komentarzach internetowych, które wciąż oceniają wartość kobiety przez pryzmat wyglądu i płodności. Oczekujemy od kobiet, że będą piękne, młode, szczupłe, pogodne i emocjonalnie dostępne, niezależnie od tego, co same czują, czego pragną i czy mają na to ochotę. Widać to także w tym cichym, zbiorowym założeniu, że prawdziwa kobiecość ma jakiś termin ważności i kończy się wraz z menopauzą.

Uprzedmiotowienie kobiet ma też inną twarz, znacznie trudniejszą do rozpoznania, zwłaszcza tam, gdzie mówi się językiem wolności i postępu. Jeśli kobieta decyduje się na tradycyjny model życia związany z byciem żoną i matką i nie odczuwa z tego powodu straty ani żalu, bywa traktowana jako naiwna i zmanipulowana. Odsłania się tutaj niewygodna prawda: można mówić o prawach kobiet, a jednocześnie odbierać konkretnej kobiecie prawo do jej drogi. Można walczyć o podmiotowość, a zarazem wyśmiewać te wybory, które nie pasują do naszej wizji świata.

Prawdziwa sprawiedliwość wobec kobiet nie polega na tym, by wszystkie żyły tak samo, lecz na tym, by każda mogła żyć w zgodzie ze sobą, bez lęku przed pogardą, niezależnie od tego, czy okazuje ją konserwatysta, czy progresywista. To samo dotyczy mężczyzn.

Mężczyzna jako funkcja

O uprzedmiotowieniu mężczyzn mówi się znacznie rzadziej, bo przebiega ono przede wszystkim przez funkcję. Mężczyzna ma być obrońcą, żywicielem, zdobywcą, pracownikiem, żołnierzem. Ma być przede wszystkim użyteczny.

Od tysięcy lat męskie ciało było traktowane jak materiał wojenny, mięso armatnie w konfliktach prowadzonych przez tych, którzy sami rzadko ginęli. Budowano etos męczeńskiej śmierci, męskiej ofiary i honoru, jakby wartość mężczyzny miała ujawniać się dopiero wtedy, gdy coś zniesie, poświęci albo wytrzyma.

To myślenie nie zniknęło, zmieniło tylko formę, bo dziś mężczyzna również ma być wartościowy przede wszystkim za coś: za zarobki, za sprawczość, za siłę, za ochronę i za efektywność.

Kiedy mężczyzna nie daje rady i pęka, doświadczając lęku, samotności i potrzeby czułości, często spotyka się nie z troską, lecz z zawstydzeniem. Jego ból bywa wyśmiewany, emocje bagatelizowane, a potrzeba wsparcia tłumiona tak skutecznie, że wielu mężczyzn nie potrafi już nawet nazwać tego, co czują.

A kiedy nie potrafią nazwać tego, co czują, nie wiedzą również, czego pragną. Mężczyzna odcięty od własnej wewnętrznej struktury staje się jak trybik w systemie, sterowany zewnętrznie. Wybiera pod wpływem tego, co mu się narzuca, a potem nierzadko cierpi, przeżywając kryzys tożsamości, bo żaden z tych wyborów nie był zgodny z jego wnętrzem.

Można zauważyć, że gdy mówi się o emocjonalnych prawach mężczyzn, natychmiast odzywają się głosy strażników dawnego porządku, przekonujących, że mężczyzna ma być twardy, sprawczy i dominujący, że testosteron wszystko wyjaśnia, a natura dawno już rozstrzygnęła, kim ma być.

Pomija się przy tym fakt, że człowiek nie jest jedynie zlepkiem biologicznych impulsów. Choć biologia jest ważna, nie wyczerpuje całej prawdy o naszej naturze. Jesteśmy nie tylko ciałem, ale też istotą duchową, psychiką, wyobraźnią, relacją i wewnętrznym światem. To znacznie przekracza logikę przetrwania. Rozwijamy się poprzez integrację przeciwieństw i dojrzewamy przez kontakt z tym, co ukryte i nieoczywiste. Dlatego męskości nie można sprowadzić wyłącznie do hormonów, dominacji i wydolności, jak chcieliby niektórzy.

Kultura hierarchii systematycznie odcinała mężczyznę od tej prawdy, tymczasem sama biologia wcale jej nie zaprzecza. Mężczyzna nie jest stworzony wyłącznie do zdobywania łupów i wojowania. Badania pokazują, że oksytocyna, hormon więzi i bliskości, odgrywa także istotną rolę w psychice mężczyzn, zwłaszcza wtedy, gdy tworzą oni empatyczne relacje z partnerką i dziećmi. Zainteresowani opisują kontakt z tym wymiarem swojej Jaźni jako źródło sensu i błogości, które wzbogaca ich męskość, a nie jej zaprzecza.

Niestety wybory mężczyzn bywają unieważniane, gdy nie pasują do narzuconego modelu. Wszak prawdziwy mężczyzna spełnia się przede wszystkim poza domem, a nie w funkcjach opiekuńczych, które tradycyjnie przypisuje się kobietom.

Jeszcze mocniej widać tę dyskryminację, gdy mężczyzna próbuje mówić o własnym cierpieniu. Gdy prosi o pomoc, nazywa swój lęk i bezradność, zderza się z murem drwiny albo milczenia. Słyszy, że ma się ogarnąć, wziąć w garść, przestać przesadzać. A potem dziwimy się statystykom samobójstw, uzależnień i emocjonalnego odcięcia. Wielu mężczyzn nie wytrzymuje ciężaru narzuconej roli, choć sami od pokoleń uczymy ich, że mają nią być.

Trudno nam przyjąć, że mężczyzna może być ofiarą systemu patriarchalnego, bo zbyt mocno przywiązaliśmy się do uproszczonego scenariusza, w którym zawsze jest sprawcą. Podobnie gdy nie chce być ojcem, wybiera samotność, życie artystyczne lub duchowe albo po prostu mniej prestiżową, lecz bardziej sensowną dla siebie drogę, zostaje poddany naciskowi i słyszy, zarówno od mężczyzn, jak i od kobiet, że jest niedojrzały, niespełniony i że coś jest z nim nie tak.

Wolny wybór jako fundament

Uprzedmiotowienie polega tu na przypisaniu człowiekowi funkcji, od której nie wolno mu odejść bez poniesienia moralnej kary. Kiedy zestawiamy ze sobą te dwa obrazy, kobietę, której nie wolno wybrać niczego, bo za każdy wybór będzie krytykowana, oraz mężczyznę, któremu nie wolno wybrać wrażliwości, okazuje się, że oba mają wspólne źródło: głęboki lęk przed tym, że ktoś wymknie się z przypisanej mu roli i tym samym zakwestionuje porządek, z którym inni się utożsamili.

U podstaw wszystkiego leży więc pytanie o wolność. O to, czy naprawdę wierzymy, że drugi człowiek ma prawo być sobą, nawet jeśli jego droga nie przypomina naszej. W myśli humanistycznej istnieje głębokie przekonanie, że pełnia człowieczeństwa nie jest możliwa bez autentycznego szacunku dla wolnej woli, która jest atrybutem duchowej dorosłości. Oczywiście nie chodzi tu o wolność egoistyczną, oderwaną od relacji i konsekwencji, lecz o prawo do podążania własną ścieżką, o ile nie krzywdzi ona nikogo i mieści się w ramach większej odpowiedzialności zbiorowej.

Człowiek dojrzewa psychicznie, gdy dociera do własnej prawdy, zrzuca maski narzucone przez kulturę i przestaje żyć według cudzych scenariuszy. Dopiero wtedy może wejść w społeczeństwo jako ktoś autentyczny, odpowiedzialny i zdolny do szczerej wymiany z innymi.

Bez tej wewnętrznej wolności nawet najbardziej sprawiedliwe systemy zewnętrzne będą zapełniać się ludźmi, którzy wciąż krzywdzą siebie nawzajem, bo sami nigdy nie dostali pozwolenia na bycie sobą.

Kobieta, która wybiera karierę naukową, nie jest mniej kobietą niż ta, która chce być matką i żoną, a istnieją też kobiety, które rozwijają wszystkie te role. Mężczyzna, który wybiera życie mnicha, artysty albo opiekuna, nie jest mniej męski niż ten, który zostaje prezesem. A jednak wciąż próbujemy mierzyć ludzi cudzymi miarami, jakby ich wartość zależała od tego, czy potwierdzają porządek, do którego sami przywykliśmy.

Cień i mechanizm projekcji

W psychologii jungowskiej pojęcie Cienia dotyczy tej części naszej psychiki, której nie akceptujemy, boimy się i wstydzimy, dlatego wypieramy ją ze świadomości i rzutujemy na innych. Cień nie znika tylko dlatego, że nie chcemy na niego patrzeć. Schodzi do podziemia i stamtąd kieruje naszymi reakcjami.

Mężczyzna, który sam nigdy nie pozwolił sobie na czułość wobec siebie, może zareagować agresją na widok mężczyzny, który swobodnie mówi o emocjach. Kobieta, która całe życie rezygnowała z własnych pragnień, może odczuwać chłód lub gniew wobec kobiety bezdzietnej z wyboru. Nie dlatego, że tamta osoba zrobiła coś złego, ale dlatego, że swoim istnieniem dotyka miejsca, które w nas samych zostało zamrożone.

Uprzedmiotowienie nie zawsze rodzi się z cynizmu ani złej woli, lecz z bólu, którego nie rozpoznaliśmy, z żalu, którego nie opłakaliśmy, z pragnień, których sobie zabroniliśmy. Kiedy sami jesteśmy wewnętrznie zniewoleni, trudno nam znieść cudzą wolność, bo ona uwiera i pokazuje, że można było żyć inaczej.

Człowiek spójny i zintegrowany nie będzie odmawiał innym autentyczności pod pretekstem szerzenia stereotypów na temat „prawdziwych kobiet” czy „prawdziwych mężczyzn”. Człowiek, który wybiera w zgodzie ze sobą, już jest prawdziwy, niezależnie od tego, co otoczenie o nim myśli. Zintegrowani ludzie to często duchowi buntownicy i buntowniczki, osoby przebudzone, które przecierają szlaki innym przez łamanie skostniałych schematów, od dawna już niesłużących wszystkim.

Prawdziwa zmiana zaczyna się we wnętrzu

Sprawiedliwość nie zaczyna się w systemach i ideologiach, lecz przede wszystkim we wnętrzu człowieka, w gotowości do zobaczenia własnego Cienia i w odwadze, by zapytać siebie, dlaczego cudzy wybór tak bardzo mnie drażni?  Co ta osoba ma w sobie, czego mnie nie wolno było mieć? Co jej wolność mówi o moim własnym uwięzieniu?

To są pytania trudne i niekiedy bardzo bolesne, ale bez nich nie ma prawdziwego spotkania z drugim człowiekiem. Bez pracy z Cieniem bliźni nie jest traktowany jak osoba, lecz jak obiekt naszych projekcji, podświadome zagrożenie dla ego.

Wolność, którą chcemy dać innym, musi najpierw zostać odzyskana w nas samych. Inaczej będziemy jedynie przerzucać na innych ciężar własnych ograniczeń i nazywać to troską, moralnością lub walką o sprawiedliwość.

Indywiduacja jako droga duchowa

W tym sensie ścieżka indywiduacji, o której pisał Jung, zbiega się z duchowością znacznie głębiej, niż wielu ludziom się wydaje. Indywiduacja nie polega na budowaniu idealnego wizerunku siebie ani na narcystycznym skupieniu na własnej wyjątkowości, lecz jest powrotem do tego, co w nas autentyczne, choć często rozproszone, wyparte i rozszczepione.

To proces, w którym człowiek przestaje utożsamiać się wyłącznie z maską i rolą społeczną, zaczyna schodzić głębiej, spotyka swój Cień, aspekty męskości i żeńskości, rozpoznaje własne projekcje i uczy się przyjmować to, co wcześniej odrzucał. Nie po to, by stać się kimś doskonałym, lecz po to, by stać się bardziej szczerym.

Psychologia głębi spotyka się tu z duchowością, bo ta druga w swej istocie również nie polega na odgrywaniu wzniosłej roli ani na uciekaniu od tego, co ludzkie. Duchowość prowadzi ku większej obecności i zdolności do widzenia prawdy, także tej niewygodnej. Prowadzi ku miłości dojrzałej, która nie potrzebuje wtłaczać innych w gotowe definicje i kontrolować cudze życie według własnych, nieprzepracowanych lęków.

Nasza duchowość zaczyna się od prostego, choć bardzo wymagającego aktu: od zobaczenia w drugim człowieku podmiotu, żywej istoty równej nam godnością, niezależnie od tego, czy dorównuje nam statusem, urodą czy majątkiem. Kogoś, kto ma własną drogę, własne doświadczenia i własny rytm dojrzewania. Człowiek, niezależnie od tego, w jakim jest wieku, co osiągnął i jak wygląda, nie musi żyć tak jak my, aby zasługiwać na szacunek.

W tym ujęciu nie istnieje jeden konstrukt tego, jak ma się zachowywać kobieta czy mężczyzna, ponieważ cechy kulturowo im przypisywane każdy może odnaleźć w swojej psychice, gdy wchodzi na ścieżkę rozwoju. Sprawczość i działanie dotyczą zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Intuicja i pogłębione czucie odzywają się w jednych i drugich. Inteligencja emocjonalna nie jest przypisana wyłącznie kobietom, a analityczność nie stanowi cechy wszystkich mężczyzn.

Obie płcie są zdolne do miłości, refleksji i samostanowienia, do obrony wartości i do walki o to, co słuszne. Wszystkie te kompetencje dotyczą po prostu ludzi wewnętrznie DOROSŁYCH, o rozwiniętych osobowościach i uwolnionej mocy życiowej.

❤️

Farida Sorana


Jestem psycholożką, terapeutką, autorką książki Mandala Cienia.  Pomagam przejść przez kryzysy i ciemne noce, odkrywać siebie i swoją drogę. Od 15 lat towarzyszę klientom w procesach przebudzenia i transformacji życia

👉 Potrzebujesz wsparcia i chcesz umówić się na sesję online?

Grafika wektorowa Poczty elektronicznej, obrazy wektorowe ...Napisz do mnie:

psycholog@farida.pl 🙂


Odkryj więcej z Ciemnanoc.pl

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Categories: duchowość i rozwój osobisty, emocje, Integracja cienia, integracja męskiego i żeńskiego pierwiastka, miłość, przebudzenie, relacje i związki, Rozwój duchowy, rozwój osobisty

Tagged as: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

2 replies »

  1. Zabawa w płcie jest przednia, jednakże to także iluzoryczno-prawdziwy podział.
    Nadal istnieje „głębiej” niż Selbst……….

    • dzięki relacjom uczymy się siebie 🙂 myślę, że płeć biologiczna jest częścią większego procesu duchowego rozwijania się i urzeczywistniania, zgodnie z zasadą, jak na górze tak i na dole 🙂 grunt, by nie używać tego jako broń przeciwko ludziom, którzy mają np. odwrotnie. Specjalizacje są potrzebne, np. ojciec inaczej nieco wyraża rodzicielstwo niż matka i tak ma być, potomstwo dzięki temu ma dostęp do wiekszego zasobu wzorów i cech

Zostaw odpowiedź