duchowość i rozwój osobisty

Jak zaakceptować i pokochać siebie?

Foto: Anastasiya Pavlova

Wiele osób pyta, co to znaczy pokochać siebie. Moim zdaniem nie oznacza to jakiegoś konkretnego uczucia błogości, gdy myślimy o sobie. Miłość jest raczej dojrzałym traktowaniem swojego jestestwa, opierającym się na czterech filarach:

  • zrozumienia swoich emocji
  • zaakceptowania wad i słabości
  • wzięcia odpowiedzialności za swoje potrzeby
  • rozwijanie talentów w przestrzeni życia

Jakże często postępujemy na odwrót, odrzucając trudne emocje, reakcje, odczucia. Wmawiamy sobie, że „akceptujemy i kochamy siebie”, a  pojawienie się gorszego nastroju już wytrąca nas z równowagi. Pragniemy przepracowywać od nowa swoje rany z przeszłości, by nie czuć więcej dyskomfortu. A co, jeśli znieczulenie, o jakim marzymy – jest w efekcie niemożliwe? Bywa tak, że nie wiemy jaka jest nasza natura, typ osobowości. Robimy problem z rozmaitych przejawów naszej istoty, ponieważ nie umiemy sobie z nimi radzić, albo po prostu porównujemy do innych.

KIM JESTEM?

Dla przykładu – jeśli jestem osobą emocjonalną i wrażliwą, amplituda mojego przeżywania będzie bardziej rozpięta, niż u osoby chłodnej. Czy stanowi to problem, że potrafię odczuwać stan szczęścia w sposób euforyczny, a stan niżu jest dla mnie jak „otchłań”? Wielu z nas nie akceptuje intensywnego odczuwania, pragnąc je wykasować, zamiast przyjąć je w sobie. Brak akceptacji generuje też niepotrzebną udrękę w relacji. Bo jeśli jakaś osoba nie przeżywa tak jak my i nie odwzajemnia naszych emocji, nie oznacza to wcale, że coś z nami, albo z nią jest nie tak. Wiele nieporozumień bierze się z braku wiedzy o emocjonalności własnej i cudzej.

Cała sztuka poznać KIM SIĘ JEST, a NIE SIEBIE ZMIENIAĆ. Niestety większość zaczyna „rozwój” od próby drugiego. Dlaczego? Od dzieciństwa jesteśmy dostosowywani do wyznaczonych z góry norm. Jeśli widzimy, że odbiegamy od nich, zaczynamy się niepokoić. Nie nauczono nas, jak rozpoznawać swój główny archetyp i związane z nim zdolności, wiec niektórych używamy w niewłaściwy sposób, albo nie w tym obszarze życia, co trzeba. Brak wiedzy generuje życiowe błędy i chaos, więc zakładamy potem, że danej rzeczy w sobie należy się pozbyć, by uniknąć problemów na przyszłość.

ZMIANA STOSUNKU DO SIEBIE

Tymczasem, rozwiązanie problemu może być inne  – mianowicie nie zmieniamy siebie, ale stosunek do siebie. Warto rozpoznać dany przejaw charakteru, uwolnić jego pozytywny biegun i pożyteczne zastosowanie. Zmiana nie dotyczy więc w sposób dosłowny naszego wnętrza, bo jest ono już ukształtowane, ale naszego zewnętrza – w jaki sposób przejawiam siebie.

Zatem tam gdzie lęk, tam też odkryjemy odwagę do jego przekroczenia. Nasze uporczywe i często irracjonalne strachy pokazują w sposób symboliczny rejony życia, w jakich tkwią potencjały niewykorzystanego „światła”. W miejscu odczuwania słabości, czai się również moc, prowadząca do postępu życiowego. Gdy zaś doświadczamy okresu „zamrożenia”, nie oznacza to od razu, iż posiadamy kłopot. Ciało kumuluje energię i nie jest to dobry czas na podejmowanie nowych akcji.

Gdy przeżywamy „doła” i nie umiemy zlokalizować jego przyczyn – być może jakaś część nas jest w trybie uwięzienia, smutku, niezadowolenia? Z własnego doświadczenia wiem, że za takim „dołem” kryć się może nieuświadomiona/wyparta potrzeba ciała i duszy. Jeśli jest ona niezaspokojona, to oczywiste, że przeżywamy jej pustkę. Bez doświadczenia tego trudnego stanu nie wiedzieliśmy o tym i nie zaczęli badać o co chodzi.

DZIAŁANIE JAKO UWOLNIENIE ENERGII

W każdej pustce kryje się potencjał pełni, jak tylko zmotywujemy się do odpowiedniego działania. Żeby działać, trzeba wziąć odpowiedzialność za tą część siebie. Być może nie pustka jest problemem, tylko nieumiejętność odkodowania informacji, która z nią jest związana.  Zresztą, to nie jest takie trudne, jeśli przyjrzymy się swoim snom i zdołamy je zinterpretować (pamiętajmy, że język snów jest symboliczny, a nie dosłowny). Sny są fascynującym i wiarygodnym narzędziem poznawania siebie, ponieważ wypływają wprost z wnętrza, będąc lustrem wszystkiego, czego o sobie nie wiemy, albo wyparliśmy.

Spróbujmy z czułością podejść do naszych wewnętrznych przepaści i zanurkować w nie w poszukiwaniu prawdy. Bo wzrost zaczyna się wtedy, gdy dobrze poznamy nasze mroczne, brzydkie, podrapane piwnice. Na nich wznosi się pałac duszy. Gdy próbujemy zburzyć ów piwnice – pałac się zawala i jesteśmy daleko od siebie. Tylko zgłębiając ciemne lochy, odkryjemy w nich skarby – nasze zapomniane talenty.

JESTEM CAŁOŚCIĄ

Podsumowując – dopóki robię problem ze swojego „ja” i z wachlarza jego aspektów – dopóty NIE ZAAKCEPTUJĘ SIEBIE JAKO CAŁOŚCI. A skoro tak, to nie jestem w stanie wyrazić miłości własnej. Tylko potraktowanie siebie w sposób kompletny zmienia perspektywę.

Na przykład, przestaję uważać wrażliwość za ułomność, bo rozumiem, że ma ona swoje plusy i minusy. Jest bolesna, gdy biorę sobie do siebie słowa innych, albo czuję się odrzucana, gdy ktoś jest emocjonalnie niedostępny.  Przeżywam zranienia kilka razy mocniej niż człowiek o mniejszej wrażliwości, dlatego często nie jestem przez niego rozumiana. Z drugiej strony – wrażliwość jest też cennym klejnotem, bo umożliwia nawiązanie głębokich relacji z bliźnimi i ze światem. Gdy tworzę teksty, obrazy albo rzeźby i przekazuję je innym, biorę udział w przepływie ducha. Wrażliwości nigdy się nie pozbędę, wiec po co tracić czas na walkę z nią, skoro mogę z niej korzystać w obszarach, gdzie pokazuje swoje bezsprzeczne piękno? Najwspanialszym owocem wrażliwości jest sztuka. Można w niej zawrzeć bogactwo przeżywania, inspirując innych oraz pomagając im nazywać swoje własne emocje i pragnienia.

Inny przykład – jeśli mam rys buntownika i wysoką waleczność,  po co mam to zmieniać? Udawać spokojną uduchowioną mumię, jeśli nie jest to moja prawdziwa natura? Gdy wiem, że jestem typem wojowniczym, to mogę przeznaczyć swój ogień do kreacji – w tych sektorach życia, gdzie faktycznie energia pozwala przeprowadzić pozytywną rewolucję. Nie będę marnować swojego „buntownika” na walkę z wiatrakami.

Widzimy więc, jak ważne jest efektywne zarządzanie swoją energią i zdolnościami – nie powinniśmy ich bagatelizować i zaprzepaszczać, bo w tym życiu urodziliśmy się właśnie po to, by w sposób najlepszy wyrazić siebie.

POGODZENIE SIĘ ZE SOBĄ

Miłość pojawia się wtedy, gdy wreszcie godzimy się ze sobą i rozumiemy, że w tym życiu – nie będziemy już nikim innym. Wielu z nas wchodzi na drogę samorozwoju z powodu kompleksów. Ponieważ nie lubimy siebie i nie znamy swojego powołania (ścieżki duszy), to pragniemy się sztucznie dowartościować. Na przykład zdobyć przychylność Boga, uwagę „mistrza”, dostąpić jakiegoś tajemniczego „wywyższenia”.  Wywyższenie, oświecenie, podnoszenie wibracji czy też po prostu bycie „lepszym”, kojarzy się niektórym z pozbyciem się lęków, przywar, traum, w skrócie – tej całej ciemnej strony, która generuje cierpienie, gdyż nie potrafimy jej objąć i radzić sobie z jej obecnością. 

Paradoks polega na tym, że bez przytulenia ciemnej strony, nie odnajdziemy w niej prawdy o sobie i świecie. Nie nauczymy używać swej jasności, bo jedno bez drugiego nie istnieje. Głębiej jest po prostu Jednością – czyli Tobą.


46925607_124136928487548_242617123388522496_n33erffffffdfafFINISH

Farida Sorana

Jestem trenerką rozwoju osobistego i duchowości, pomagam w pracy z podświadomością i jej programami, obszarem cienia, snami, odnajdywaniem wewnętrznej nawigacji, osiąganiem celów życiowych. Więcej 

Chcesz umówić się na sesję telefoniczną ze mną? Napisz: farida.sorana@gmail.com 🙂

 

2 odpowiedzi »

  1. Twój blog jest pięknym odzwierciedleniem Jaźni. Zawiera w sobie głębie Ducha, światopogląd skrystalizowany, shierachizowany i uporządkowany choć nadal żywy niczym argentum vivum płynące w scalonym unus mundus. Cudo. Gratuluję i podziwiam za trud i pracę jaką włożyłaś w swój rozwój. Mandala cienia wprowadza porządek w chaosie indywiduacji. Zgadzam się z Tobą w każdym aspekcie asymilacji cienia, przeżyłem podobną podróż na granicy obłędu, który zakończył się zrozumieniem własnych ograniczeń i realnych możliwości, probierzem rozwoju stały się owoce wydawane na świat, a moc stała się wartością podrzędną względem miłości. Cały czas są we mnie osady i echa starej postawy, lecz patrzę na nią z miłością a nie pożądaniem. Dodałbym pewną istotną dygresję, gdyby nie wcielenie Jezusa Chrystusa, nie poznalibyśmy najczystszego sublimatu Ducha, przez co nie moglibyśmy znaleźć odzwierciedlenia ani kierunku, bez Jego transcendetnej postaci 🙂

  2. Innymi słowy chciałem powiedzieć, że człowiek Jezus z Nazaretu był pierwszym nosicielem Ducha Chrystusowego, który jest najczystszym obrazem absolutu jak i najlepszy przykładem prawdziwego ustosunkowania się Bóstwa Najwyższego względem człowieka. Mam nadzieję , że nie brzmi to jak apologetyka :). Bo nie jest to moją motywacją. Mam zamiar tylko zwrócić uwagę na istotny fakt, który jest warty podkreślenia moim zdaniem. Odgrywa on bardzo ważną rolę w moim światopoglądzie, który jest podparty Jungowską Gnozą przefiltrowaną przez moje własne doświadczenia :).

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s